Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spójrzmy na to jeszcze raz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spójrzmy na to jeszcze raz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2013

Czasopętla

"Droga redakcjo Bravo, droga dr Grażyno. Czy zdarzyło się wam kiedyś utknąć w czasie?" zapytuje 16 letnia Kinga z Białogardu Szczecińskiego.
Tym cytatem z 78 numeru tygodnika Bravo chciałbym rozpocząć dzisiejszy wpis, który jest już drugim w ciągu tego miesiąca i (co ciekawsze) drugim w ciągu tego roku. Nawiązując do cytatu chciałbym opowiedzieć o zjawisku które kilka lat temu (czyli jakoś tak gdy straciłem regularność blogaska) zauważyłem u siebie i na które uskarżał się znajomy. A wszystko miało się tak:

Wstałem rano, ogarnąłem się, ukroiłem chleba z obowiązkową porcją mięsa, wsiadłem do autka, jadę do pracy... jestem na moście. W jadącym z naprzeciwka zdezelowanym samochodzie mija mnie koleś, który wygląda jak Lenin (no wiecie jaki Lenin)... i tak zlatuje dzień, a następnego dnia jest tak:
Wstałem rano, ogarnąłem się ukroiłem chleba z obowiązkową porcją mięsa na chleb, wsiadłem do autka, jadę do pracy... jestem na moście. W jadącym z naprzeciwka zdezelowanym samochodzie mija mnie koleś, który wygląda jak Lenin (no wiecie jaki Lenin)... 
W środę, w czwartek i w piątek.... (a może to czwartek?) znowu Lenin, jadący starym Oplem. Cholera, jaki dziś mamy dzień? Staram sobie przypomnieć jaki film wczoraj wieczorem oglądałem? Czy po raz 4 zasnąłem na beznadziejnych Szybkich i Wściekłych 6, czy to był jeszcze gorszy GI Joe 2?
Powyższe brzmi troszkę idiotycznie, ale zdarzało mi się tak jak to opisała w swoim liście 16 letnia Kinga. Przy zapierdzielu w pracy, który objawiał się tym, że nawet nie było kiedy napełnić symbolicznych "taczek", dni zlewały się w jeden powtarzający się dzień. Zamiast wypowiadać robocze dni tygodnia - liczyłem ile razy widziałem Lenina. A więc, pani od przyrody pyta: jak nazywają się dni tygodnia? Niespełna 30 letni Paweł odpowiada:

1. Lenin, 2. Lenin, 3. Lenin, 4. Lenin, 5. Lenin, sobota i niedziela.

By nie pomylić dni tygodnia dokonywałem czasem dodatkowych pomiarów: zestawienie długości paznokci u nogi z pomiarem z dnia wczorajszego, długość zarostu na twarzy - czasem tylko dzięki temu mogłem stwierdzić, że nie przeżywał 3 raz z rzędu poniedziałku, przepraszam, chciałem powiedzień pierwszego Lenina.
Lekko to smutne, więc należało uciec z pętli czaaasu i każdego wieczora zrobić coś miłego i ciekawego, coś co dnia następnego będzie można z głupim uśmiechem na twarzy wspomnieć podczas porannej jazdy samochodem do pracy. Stąd mamy ciekawe rytuały: WKK - Wieczorny Kącik Konesera, KKK - kebab, kino, Kasztelan, operacja: "My to się nie umiemy bawić bez alkoholu - NOT!". 
Co gdy ktoś na serio umie bawić się bez alkoholu? To niech sobie wiąże kokardki na palcu....obojętnie którym i gdy wyjdzie mu 6 kokardek to znaczy, że ma sobotę i powinien przy przejściu z 7 na 8 kokardek zdjąć pozostałe 7. Proste, co nie? NIE!
Moje czasopętlowe spostrzeżenia są zatrważające (niczym spostrzeżenia amerykańskich naukowców na temat nadwagi): bardzo łatwo wpaść w rutynę i otępienie. Kolejny dzień podobny do poprzedniego i łikendowy odpoczynek, który zlewa się z poprzednimi łikendowymi odpoczynkami. 
Dr Grażyna z Bravo zapewne odpisałaby: Droga Kingo: unikaj jak ognia rutyny... i używaj zabezpieczenia.
Amen.
Jest jeszcze drobny epilog do tej sprawy: Lenin, mijający mnie na moście, zmienił samochód: pozbył się Opla, kupił Alfę Romeo - jednakoż coś go dawno nie widziałem. Pewnie Alfa mu się zepsuła.. te samochody tak mają.  

Dyrektywy kulturalne: Opowiadałem wam jakie słuchanie płyt winylowych jest miłe? Bo jest! Zakupiłem sobie kanciaka i w wolnych chwilach lustruję Alegro w poszukiwaniu perełek pokroju: Koto czy Laserdance za śrubki. Czarnych płyt już mi się naciułało, więc jeżeli nadarzy się chwila na WKK, to tylko i wyłącznie przy czarnej płycie, obracającej się z prędkością 33 lub 45 obrotów na minutę. Kolejną dyrektywą jest omijanie szerokim łukiem filmów: Dżi Aj Dżoł 2 i Szybcy i Wściekli 6 - takiego poziomu kupy dawno nie widziałem. Obejrzałem co prawda nielegalnie, ale chciałem poprosić dostawcę Internetu za stracone na ten film impulsy.

Dziś w TV Cyganki Eduszy szlagier ery czarnych płyt - szalony rok '86 i pan który śmiesznie podskakuje i wszystkich dziś całuje, a więc Koto - Jabdah.

W następnym wpisie przedstawię jak zbudować symboliczne taczki, które są zawsze pełne.

środa, 28 grudnia 2011

Ręce mordercy

"Cześć" napisał Paweł na swoim blogasku, jakby nic się nie stało. W sumie nie stało się nic. Wpis zamieszczam tylko dlatego iż nie mam za dużej ochoty montować pewnego filmu (tzw. unik od pracy), który jedną nogą jest już na finiszu. Poprzednie zdanie dobitnie tłumaczy dlaczego od kilku miesięcy nic słitaśnego nie wstawiłem na blogaska: montuję film. Więc obędzie się bez osobnego wpisu z tłumaczeniami i kajaniem się (jednak taki wpis poprawiłby roczne statystyki blogaska).
Dzisiaj opowiem Wam o rękach, które bezczynne potrafią płatać figle.
Wyobraźcie sobie taką sytuację: akademik w Poznaniu, siedzimy z ziomami przy kompie i słuchamy jakiegoś szataństwa. Myszkę obsługuje moja skromna osoba. Nagle zdziwienie: dlaczego utwór trwający 7 minut został przesłuchany w 30 sekund? Moja w tym zasługa. Siedząc bezczynnie przy komputerze, poszukując idealnego utworu potrafię przewertować 666 utworów w 5 minut. Mi to nie przeszkadza. Oto wybrane opinie osób towarzyszących w tym procederze: Kur*a, Edi przestań przewijać!, albo: Ja jebie, zabierzcie mu myszkę!, tudzież O, znowu przesłuchaliśmy całą płytę w 10 minut.
Sytuacja kolejna: oglądam film, czy to na komputerze, czy to na czegotoniemającym telewizorze. Film trwa 2h, a ja go obejrzałem w 1h20min. Suchary przewinąłem, bo po co oglądać denne momenty? Szkoda życia. Dzięki temu zaoszczędziłem 40 minut.
Siedzę w kinie, nie mam żadnego zagryzacza w postaci żelek, czipsów. Przyłapuję się na tym, że rękami wystukuję rytm na poręczy fotela, bawię się telefonem lub szukam myszki, żeby przewinąć denny fragment filmu.. Ale przecież tak się nie da. Chwila bezczynności, a tu nagle głos w głowie zaczyna mi szeptać: Zrób coś z rękami. Np uduś osobę siedzącą obok!  A gdy mam kinowy zagryzacz to nic takiego się nie dzieje. Dziwne... brniemy dalej...
... kleję model, wykonuję jak robot któreś już kółko z kolei, w tle leci muzyka lub gra film. Utwór trwający 5 minut trwa 5 minut. Film 2 godzinny trwa 2 godziny. No tak, mam zajęte ręce. A więc zagadka wyjaśniona:
Ręce bezczynne same szukają zajęcia: przewijają piosenkę, film, skłaniają do morderstwa, skłaniają do masturbacji.. Ręce które mielą w kubku z popkornem, czpisach, wycinają kółka do modelu są zaspokojone, szczęśliwe. To tak jakby miały swój własny rozum. Czyli u mnie będzie to już 3 rozum, zaraz za mózgiem i rozumem w fujarce.
Wniosek jest tylko jeden i słuszny: następnym razem, gdy będziecie chcieli kogoś udusić w kinie, bo nie wzięliście żadnego zagryzacza, gdy będziecie chcieli przewinąć suchary w filmie, skrócić sobie piosenkę w łinampie, to najzwyczajniej w świecie sięgnijcie po masturbację... Żartowałem. Najlepiej dążyć do tego by ręce się nie nudziły. Od tego są wszelkie perkusje, gitary, szydełkowania, modelarstwo... głupie przykładanie pełnej butelki piwa do ust pod slepem daje zajęcie rękom.

Dyrektywy kulturalne: W kinie grają Mission Impossible 4. Obok starego Toma Cruisa film jest niezły: nie jest w 3D, ma sporo akcyjki i humoru. Pamiętajcie: kupcie sobie jakąś przekąskę, bo w przeciwnym razie wpadniecie do projektorowni i przewiniecie parę nudnych momentów. Do posłuchania jest nowa płyta KNŻ Bar de la curva, która jest nijaka. Teksty są ok, ale muzyka nie przypomina starego dobrego KNŻta z Na żywo ale w studio. Na stole montażowym nadal rozpracowywany jest film Ninja Syndykat Śmierci, który jest przyczyną jakościowego spadku blogaska.
Dziś w TV Cyganki Eduszy prawdziwa reggaeneracja po świątecznym obżarstwie, w postaci filmiku Klejnuty - Krzysiu. Trzeba przyznać, że ktoś to ładnie opracował i poprzycinał. Zapraszam do oglądania i tupania nogą i nieprzewijania paska postępu ręką.
W następnym wpisie przedstawię najlepsze efekty montażowe zaczerpnięte z komunijnych i weselnych kaset VHS sprzed 20 lat.

poniedziałek, 12 września 2011

Z pamiętnika młodego automatyka

"Szalom" - odrzekł onegdaj pewien Tomek, po czym zasnął pijackim snem w kurtce na łóżku. Alegoria ta miała wytłumaczyć mnie przed sobą samym dlaczego w sierpniu nie zamieściłem żadnego posta. Nie miałem czasu, a poza tym kręciliśmy film. TAK! Do napisania dzisiejszego wpisu skłoniła mnie pewna historia, która wydarzyła się w moim życiu i odcisnęła piętno, albo piętę.
Lecimy z anegdotą: Siedzę sobie w pracy, w pewnej fabryce, podczas pewnego uruchomienia. Podchodzi do mnie pewien pan i zapytuje: Maniek (bo tak na mnie w nowej robocie wołają), ty to się na komputerach znasz, to powiedz mi: chodzi mi głośno CD-ROM. Co zrobić żeby chodził ciszej. Oderwałem się wówczas od bardzo poważnej lektury jaką był Onet albo inny Pudelek i ze śmiertelną powagą i śmiertelniejszą miną odpowiedziałem: Nakryj kocem komputer. Nie będzie słychać. A koleś ze śmiertelną powagą odpowiedział: Serio. No cóż... potem nawiązała się rozmowa, że przecież jestem komputerowiec i powinienem się znać na komputerach bo to mój zawód. Na to odrzuciłem, że nie komputerowiec, a automatyk. O rzeczach które można nakryć kocem w celu ich naprawy/wyciszeniu mógłbym napisać książkę, albo niejeden skecz Monty Pajtona. Motyw koca działa nawet na człowieka, jak za głośne dźwięki wydaje podczas snu.
Za bardzo odjechałem w stronę koca, a zapomniałem o morale (niczym w amerykańskim filmie). Przecież komputer to narzędzie pracy. Od groma ludzi używa go (z lepszym lub gorszym skutkiem) w pracy. Jeżeli jestem u neurologa w szpitalu, a on akurat wklepuje moje dolegliwości do Łodra, to może odpowie mi na pytanie jak przyspieszyć grafikę w grze, albo wyłączyć Pana Spinacza w Łordzie? Jak to nie wie?...! Przecież używa komputera w pracy. Może w biedronce zapytam kobietę, która wklepuje mi kod kreskowy Kelerisa do komputera, o to jak sprawdzić błędy na dysku? Może również każe mi nakryć kocem dysk? I tak się składa, że jest promocja na koce w Biedronce: 9,99 za 10 kocy. NOT! To jest jej narzędzie pracy.
Dawno dawno temu interesowałem się komputerami, ale nie miałem nic innego do roboty bo byłem plackiem. Ale na świecie jest 666 fajniejszych rzeczy od posiadania zdolności rozróżnienia rodzaju procesora po szumie jaki wydaje wiatraczek w zasilaczu.
Wracając do narzędzia pracy: czy ginekolog odpowie mi na nurtujące mnie od wieków pytanie: z jakich stopów zrobiony jest jego wziewnik i czy dlatego jest on taki lekki i ma temperature pokojową? Nie sądzę. Czy szambiarz odpowie mi na pytanie: jakie jest ciśnienie ssące pompy, co powoduje szybkie odsysanie dołku ściekowego? Możliwie, że odpowie. Czy dziwka stojąca pod latarnią odpowie mi jaka jest moc świetlówki w latarni? NIE! Wracając do sedna: Narzędzie pracy w 67% przypadków nie jest źródłem zainteresowań i pasji osoby przy nim pracującej (wg. zgreda szefa z poprzedniej roboty powinno tak być). Proszę was, nie pytajcie osoby siedzącej przy komputerze o głośny CD-ROM, odźwiernego w hotelu o drzwi, stolarza o młotek. Bo w większości przypadków nie pozyskacie jego sympatii lub też zostaniecie odesłani do działu z kocami w Realu. Chyba to proste?

Dyrektywy kulturalne: Produkcja Ninja Syndykatu Śmierci. Wystarczy wpisać na Fejsiku tytuł filmu i cała prawda wyjdzie na jaw (miło by było jakbyście zaznaczyli, że to lubicie)! W kinie nic ciekawego, a w radiu tym bardziej. Liczy się ciężka harówa przy produkcji. Oj wierzcie mi, że jest ciężko!

Dziś w TV Cyganki Eduszy nic innego jak tylko 30 sekundowy klip z powstającego filmu. Polecam, zapraszam!!

W następnym wpisie postaram się udowodnić, że 70% bursztynowej komnaty jest wystawiona na Allegro!

wtorek, 31 maja 2011

Ciekawa anomalia pokarmowa

Dzień dobry wszystkim podatnikom. W tak piękny i upalny dzień aż nie chce się pisać nic na blogasku, ale zobowiązania wobec reklamodawców zobowiązują. Yhym... A tak na serio jest za ciepło żeby siedzieć w domu i pisać wpisiki na blogasku. Należy wyjść na dwór napić się zimnego Kasztelaniego, posiedzieć nad jeziorkiem - i to jest słuszna koncepcja!
Swego czasu opowiadałem wam o Człowieku Rurze, który zaliczał się do osób z anomaliami pokarmowymi (układ trawienny składający się tylko z rury). Dzisiaj opowiem wam o innym, ciekawszym, acz bardziej skomplikowanym przypadku: Człowiek Dupa Na Brodzie. Przedstawiony poniżej przypadek jest czysto teoretyczną wariacją na temat, co by było gdyby wycierając nos podcieralibyśmy tyłki za jednym zamachem. Tak skomplikowana anomalia pokarmowa narodziła się na pewnym wykładzie na Politechnice Poznańskiej, gdy pewnej koleżance zamiast codziennej dawki kusiek i pindoli w notatkach narysowałem Kirka Douglasa (tego aktora, wiecie, nie?) wraz z przekrojem na organy.
Koleżanka zapytała, kto to i co to? Odpowiedź była jak najbardziej prosta: Człowiek Dupa. Spójrzmy a brodę Kirka - no dupa, no. Jednak wraz z tyłkiem na brodzie osoba posiadająca tą anomalię posiada również niezły talent aktorski i poczucie humoru ważące 16 ton. O poczuciu humoru świadczy ten pan:
Ten pan to Chevy Chase, który również ma wydatny tyłek na brodzie. Jest jednym z najlepszych komików hamerykańskich, a kto nie widział Szpiegów Takich jak my co najmniej 20 razy niech szybko i idzie dobejrzeć te 19 powtórzeń. Na koniec zaproszę do obejrzenia skanu obrazka z pewnej gazety medycznej, która swego czasu opisała przypadek Kapitana Dupobrodego (he, dobre):
Jak widzimy na załączonym obrazku: przełyk, żołądek i reszta układu trawiennego są standardowe. Sprawa komplikuje się przy jelicie grubym, które odbija nagle do góry i wraca z powrotem do głowy. Zwieńczenie jelita grubego, kiszką stolcową zwane ląduje w zagłębieniu w brodzie. Jakie to nie higieniczne. Należy oddać twórcy obrazka za wierność detalom organów i doskonałym zachowaniu proporcji...
Wniosek: jeżeli wasze dziecko urodzi się z dupą na brodzie oznaczać to może, że będzie wielkim aktorem (zagra w Spartakusie 2) lub poczuciem humoru zabijać będzie na wstępie. Nie ma się co bać, bo ja też mam lekką dupę na brodzie i staram się ją maskować kilkudniowym zarostem (w postaci niegolenia się przez 2 tygodnie) lub nosząc golfy. Pod golfem schować jeszcze można 2. i 3. podbródek, ale o tym w pewnym następnym wpisie.

Dyrektywy kulturalne: Za 9 dni koncert Iron Maiden (obecność obowiązkowa!!!). Już mi noga tupie na samą myśl i chyba trzeba będzie się nauczyć piosenek z 3 ostatnich płyt bo nie jestem z nimi za pan brat. Koszulka już dotarła. Ma piękny ornament i klimatem nawiązuje do utworów grupy nagrywanych na kasety magnetofonowe. Nic nie oglądam, nic nie słucham. Aha: w czwartek na fabryce którą uruchamiamy zląduje premier Tuskinio. Trzeba będzie wykonać jakiś happening z Panem Premierem.

Dziś w TV Cyganki Eduszy metalopudle. Pewien antyczny teledysk do piosenki, która w oryginale trwała 15 minut (pół strony kasety 60), a w wersji dla TV wycieli co smętniejsze momenty. Wprawione oko wyłapie w teledysku prześwitującą sukienkę pewnej laski, która ze względu na uwarunkowania geograficzne nie jest taka brzydka (bo to niemiecki teledysk). Zapraszam! (właśnie obejrzałem ten teledysk i stwierdzam, że jest więcej lasek z przezroczystymi sukmanami i dekoltami do kolan, a wokalista ma tytułową dupobrodę, cóż za zgranie!)

W następnym wpisie opowiem o tym jak w Holandii robi się w hotelu kolację z rzeczy wyniesionych ze śniadania - taki poznański tryb w Holandii.

czwartek, 19 maja 2011

Silne pole magnetyczne w mózgu vs. pamięć

Dzień dobry. Chciałem wydać z siebie pewne oznaki życia... ale co to za życie. (NOT!) Ostatnio trochę mi się nic nie pisało. Związane to było z kompletnym brakiem czasu, pewną fuszerką na zdrowiu i lekkim wzrostem wskaźnika obiboczenia na godzinę.
Podczas moich słynnych europejskich włajaży przetestowałem swój wbudowany kompas, który, jak wielu moich znajomych twierdzi, jest w zaniku, albo wcale go nie ma. Czymże jest orientacja w terenie? Dla mnie to po prostu postawienie samochodu na parkingu, w mieście, którego nie znam, połażenie sobie po mieście i wrócenie do samochodu bez problemu i szwanku. Możliwe, że nie chodzi tu o jakiś kompas, a o dobrą pamięć: gdzie, w co i jak skręcaliśmy.
A jak to jest z kosmopolitycznym Pawłem? Najlepszym przykładem będzie pewna anegdota, którą opowiadam gdy przez moje ręce przewinie się kilka pełnych butelek piwa. No to: dawno, dawno temu, na pierwszych dwóch latach studiów chodziliśmy do pewnej knajpy na dęsing (ja podobno nie tańczę). I za każdym razem się pytałem kumpli jak się wraca do akademika. Droga była prosta jak świński ogon: wystarczyło iść wzdłuż torów tramwajowych. I tak przez 2 lata sobie chodziłem... raz zamiast do akademika doszedłem do lasu i komina ciepłowniczego. Mógłbym przysiąść, że z lasu słyszałem wyjące wilki i inne rzadkie okazy zwierzyny leśnej. Kiedy indziej jak jechałem do pewnej koleżanki, to policzyłem sobie, żeby wysiąść na 11 przystanku, a po 5 przystanku zapomniałem który to przystanek. Bo wiecie... ja mam pamięć dobrą ale krótką. A to w Toruniu postawiłem samochód i potem myślałem, że mi go ukradli, a tak na serio to pomyliłem ulice. Bo wszystkie te kamienice w Toruniu to tak samo wyglądają... Nie? Jak byłem na wczasach we Francji to w ręku ściskałem wydrukowaną mapę miasta. Ściskałem tak mocno, że tusz został na ręku. Paweł sam w Metrze... brzmi jak kolejna część przygód o Kevinie. Na szkoleniu w Holandii miałem automapę. Krzyś Hołek podpowiadał mi z kieszeni jak iść, i chyba miał zły dzień, bo czasem mu się pomyliło.
.. aż pewnego razu zapomniałem GPSa i wypuściłem się na stare miasto. Wypiłem w knajpie piwo za 5,5 ojro (taniocha) i stwierdziłem, że można by wracać do domu. Ryję w plecaku, a gpsa brak. I teraz odświeżenie pamięci jak szedłem? Pamięci brak... A stare miasto w Holandii to okrągła rzeczka, a w środku pajęczyna ulic. No ale kółko nie ma początku, ani końca to idąc po krawędzi dojść można do jakiegoś charakterystycznego punktu. YES! Doszedłem do kościoła i prosto na dworzec. I nie spędziłem nocy pod gołym niebem, albo schowany pod plandeką na łódce.
No dobra, a teraz morał z amerykańskiego filmu: jak sobie poradzić jak silne pole magnetyczne w prawej półkuli zakłóca kompas w lewej półkuli? Nijak. Na to nie ma ratunku... co najwyżej usunąć prawą półkulę. Ja to sobie zawsze wybieram coś charakterystycznego i wysokiego i jak się kompletnie zgubię to ... to wiecie sami: wracam po torach.
Chyba wystarczająco się zareklamowałem jako przyszły mąż...

Dyrektywy kulturalne: Była Francja i Holandia, a za jakiś czas będzie Litwa. Pamiętajcie, żeby będąc na litwie zjeść łabas drutas kałakutas, czyli tłustego indyka. W kinie nie byłem od 100 lat, a muzycznie polecę wam antyczną płytkę Overkill - Under The Influence (tam jest taki megaszlagier Hello From The Gutter).

Dziś w TV Cyganki Eduszy przeklawy urywek jednego z najlepszych multimedialnych polskich wynalazków: P.I.W.O, czyli Potężny Indeksowany Wyświetlacz Oknowy, a w nim mój (od niedawna) idol: Robert Burneika. Siła!

W następnym wpisie podam przepis na Rakiet Fjul przy wykorzystaniu składników z lodówki i apteczki dziadka.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Droga Bermudzka

Dobry wieczór - odrzekł chwiejnym tonem Kamil Durczok w pewnym programie TVN24. Dzisiejszy post opowiem o pewnym zdarzeniu, które dzieje się za każdym razem gdy wychodzę w sobotę nocą przed bramę i skręcam w prawo...
dygresja Możecie już odsapnąć, bo post nie będzie opowiadał o moich przeżyciach i przemyśleniach po obejrzeniu filmu Droga (plakat obok). Bo film był tak doliniarski, że zgasiłem go po 20 minutach. Zresztą, gdyby była to recka filmu, to tytuł posta zaczynałby się od skrótu: ŚAKF, czyli Śremski Akademicki Kącik Filmowy. Zapewne w TV Cyganki Eduszy po tak smutnej recenzji tak doliniarskiego filmu znalazłby się teledysk Velvet Revolver - Falling to Peaces. po dygresji

... skręcam w prawo i .... budzę się rano w pościeli z bolącą głową, a ratunkiem na bóle są: multiwitamina i Ibupromik, Pawulonem potocznie zwany. W minioną niedzielę wstałem z wyra, zażyłem zestaw McKac i starałem sobie przypomnieć do czego mógł służyć mi przydrożny biały słupek, który znalazłem w garażu? A po co mi kolejne 2 słupki stojące przed bramą? Odpowiedzią na wszelkie męczące mnie pytania był kompan w zbrodni Ron i współkompan Maciej.
Już 3 raz przytrafia mi się takie coś, że nic nie pamiętam, gdy wychodzę z domu i skręcam w prawo na stację paliw po Niepasteryzację/wódkę. Może to jakaś żyła Uranu, która przebiega wzdłuż chodnika działa na moją niepamięć? A może to, że za każdym razem jak skręcam w prawo jestem nawalony jak szpadel. Z drogi pamiętam tylko migawki: jak onegdaj Ron pił flaszkę z gwinta pod szkołą; jak mistrz porno-sola Jędrek wpadł do rowu melioracyjnego; jak robiłem salto w śnieg, a śniegu wcale nie było; jak przejeżdżała policja, a nasze zacne trio robiło salto w zaspę. Cechą wspólną każdego z przebłysku jest Kasztelan Niepasteryzowany trzymany przeze mnie w prawym ręku i zajebista frajda i ubaw.
Czemu następnego dnia musimy usiąść razem we trójkę i złożyć do kupy wszystkie nasze przebłyski? Poskładać metr po metrze 2km drogi? Więcej w dzisiejszym wpisie znaków zapytania i pytań bez odpowiedzi niż jakichś sensownych treści... Zaczyna mnie niepokoić fakt, że na serio nie umiemy się bawić bez alkoholu. E tam!

Dyrektywy kulturalne: Film Ed Wood Tima Burtona to klawy film, a obejrzany zaraz po tym Sok z Żuka to wspaniały tandem. Muzycznie łinamp podpowiada mi muzyki z filmów Johna Carpentera - takie antisze elektronisze, a ja lubię Antisze Elektronisze. Pewna koleżanka nazwała mnie pan Patyk (pewnie po sobotnim incydencie). Kurde, mam ostatnio same budowlano-inżynieryjne przezwiska: Pan Rura, Pan Patyk, dawno dawno temu: Jeb*ny kabel. Same techniczne nazwy.

Dziś w TV Cyganki Eduszy pocieszna piosenka, która nie raz i nie dwa leciała na imprezie w pokoju 112 w akademiku w Poznaniu. No to : Ramones - Spiderman. Zapraszam do tupania nogą i odliczania wraz z basistą 1..2..3..4!

W następnym wpisie opowiem wam o pomyśle na nowy film pod tytułem Ninja Syndykat Śmierci.

wtorek, 11 stycznia 2011

Konkurs na najlepsze przebranie, czyli karnawałowe kreacje

Witam wszystkie dzieci w noworocznym wydaniu blogaska. Dzisiejszy szalony wpis to klasyczny Blast From The Past z mojej młodości (która nie zawsze była aż taka szalona). Czas otworzyć wielki worek (tym razem nie mosznowy) wspomnień i wygenerować z niego.... O właśnie. Co? Podpowiedzią będzie tworzący atmosferę tajemnicy tytuł posta oraz jeszcze bardziej ekscentryczne zdjęcie, tworzące suspens niczym u Chickoka. W celu zmniejszenia suspensu podpowiem, że wpisik opowie o pewnej subkulturze, której ja również byłem częścią (many many years ago). Subkulturą tą są: METALE \m/. Jako, że do metalu nic nie mam, bo sam lubię go posłuchać, a jego nadmiar sprzedać na złom (kilogram żelaza kosztuje 50gr... 32 tonowy czołg T-34 zwróciłby nam się w cenie 16tys zł... przekonałem was do metalu?).
I teraz przymioty każdego porządnego metala:
1. Glanczestery - im starsze tym lepsze. Im mniej pastowane, tym lepiej. Prawdziwy metal chodzi przez 365 dni w roku w glanach (wliczając w to prysznic, plażę, łóżko, łóżko z misiem, noc poślubna z misiem i wiele wiele innych). Prawdziwy metal potrafi pić wódkę z glana (raz nam się udało).
2. Czarne bojówki - A na klapach od bocznych kieszeni na nogawkach różne naszywki z nazwami pewnych metalowych zespołów. Im czarniejsze tym lepsze. Jak wielkie było moje zdziwienie gdy w tym roku naszyłem sobie na krótkie spodenki naszywkę Sepultury.
3. Koszulka metala - Taka koszulka z jakimś kapelowym logiem i okładką płyty. Kolor materiału: tylko i wyłącznie czarny. Ten był lepszy kto miał mniej czytelne logo zespołu na koszulce. I tutaj pewne naukowe wtrącenie: razem z bratem wysnuliśmy naukową tezę mówiącą o tym, że: im mniej czytelne logo kapeli, tym lepsza muza. Sprawdziło się to tylko w przypadku kapeli In Flames. A spróbujcie rozszyfrować loga kapeli takich jak: Napalm Death, Mayhem, Zachlapany Szczypior (YES!) czy też innych Death Metal/ Grin Core/ Porn Doom Metalowych kapeli. To musi być dopiero muza...
4. Plecak kostka - kupiona z wojskowego demobilu i usztywniona toną naszwek, maźnięciami korektorem i mazakiem, nabita ćwiekami. Czasem kostka z naszywkami potrafiła więcej ważyć niż komplet książek do 3 klasy podstawówki. Fakt ten był bardzo przydatny bo każdy szanujący się metal waży nie więcej niż 45 kilo. Akurat plecaka kostki nie miałem bo wydawał mi się obleśny.
5. Długie, tłuste baty - myte raz na tydzień dopełniają wspaniale efekt, bez względu na wiek, status oraz płeć.
6. Metalowy portfel - czyli portfel z rzepem i z pewnym logiem kapeli. Pochwalę się, że mam takowy z logiem Iron Maiden i ich najlepszą płytą Live After Death.
Większość powyższych atrybutów można kupić w pewnym internetowym sklepie, po cenach, które po wzroście podatku VAT do 23% biją jeszcze bardziej w twarz (raz kupiłem tam portfel. Opuchlizna po strzale w pysk nie schodziła tydzień). Aha.... za to wszystko zapłacimy kartą Master Card.
A czy wy znacie jakieś przymioty Prawdziwego Metala? Podzielcie się ze mną wiadomościami..

Na koniec anegdota z mojego życia gdy byłem metalem:
Mama kupiła mi koszulkę (podpowiem, że była czarna, ale nie aż tak czarna. Jak się niedawno dowiedziałem była grafitowa). Oglądam, przymierzam, prężę wystające żebra przed lustrem i odpowiadam z oburzeniem:
- Za jasna!!!

Dyrektywy kulturalne: Rok 2010 się skończył, rok 2011 się zaczął. Za 11 miesięcy koniec świata, a ja jeszcze nie spłodziłem syna, nie zbudowałem domu, nie zasadziłem drzewa i nie pomalowałem płotu na biało. Dam radę. Aby się wyrobić w tym roku to chyba zacznę od syna i domu... Rok 2010 pożegnałem poprzez: siedzenie w domu na dyżurze; wypicie kieliszka wódki; wypicie kielonka szampana; obejrzenie Misia; wezwanie o 23:10 do systemu antypompażowego Turbolog (może wiecie co to, bo ja nie wiem), które skończyło się życzeniami noworocznymi przez telefon; nie wystrzeleniem żadnej petardy. Ale za to rok 2011 powitałem: wezwaniem na zakład (już wiedziałem co robić); kompletną abstynencją; 34 krotnym złamaniem noworocznego postanowienia o zaprzestaniu masturbacji; corocznego postanowienia poprawy; kontynuacji światopoglądu Głuchej Białej Sowy i ostatecznie policzeniu do 10. Wiecie przecież, że będzie dobrze, a nawet lepiej! Bo: 10 czerwca kocert Iron Maiden... Jedziecie? Ubieramy się jak na prawdziwego metala przystało? Pewnie komplet jakichś starych metalociuchów się znajdzie, bo glanczestery cały czas w użytku są - tylko zimą. Podobno w 2010 roku wypowiedziałem 666 razy stwierdzenie: co za koleś!.


Dziś w TV Cyganki Eduszy kolejny Blast From The Past, który łączy przeszłość z teraźniejszością - przezacną muzę Sepultury ze stanem artystycznym mojej artyyystycznej duszy (wokalem tenora Pavarottiego). A więc: Pavarotti & Friends - Roots Bloody Roots. W następnym odcinku TV Cyganki Eduszy wstawię dżezową aranżację Spirit Crushera Deathu. Niestety zamiast teledysku jest jakaś mangowa animka. Pozostaje tylko cieszyć się melodią.

W następnym wpisie postaram się wyznaczyć organoleptycznie i empirycznie kiedy to dokładnie wypada ten niesławny koniec świata (daty podam dla naszego kalendarza, kalendarza prawosławnego, chińskiego i kalendarza majów).

wtorek, 9 listopada 2010

10 lat za wcześnie

Dzień dobry młodzieży szkolnej. Korzystając z tygodniowego urlopu i kompletnego obijactwa postanowiłem napisać zestaw pewnych przemyśleń szkolno-remontowych. Za oknem pogodowa kifoza, w głowie jesienna deprecha, a na blogasku wąsy i niegolony zarost pod pachami.
Aczkolwiek: 2 dni temu z Zacnym kolegą Ronem odwiedziliśmy naszą szkołę podstawową, na którą niczym grom z jasnego nieba spadła chmura unijnej kasy. W ten sposób szkoła dorobiła się nowej sali widowiskowo sportowej, siłowni (TAK!), oświetlonego stadionu i zestawu huśtawek, bujaczek i zjeżdżalni. Obchodziliśmy sobie tak nowy obiekt z kolegą, obchodziliśmy i doszliśmy do zatrważającego wniosku: urodziliśmy się o 10 lat za wcześnie, bo?
..no bo: Już wymieniona powyżej szkoła podstawowa zaopatrzona w nową sale i inne atrakcje. A za naszych czasów włef miało się w jakiejś obskurnej małej salce, kozłować piłką jednorącz nauczyłem się w 3 klasie podstawówki. Warunki straszne, obskurnie, brudno i zimno. A po 8 latach:
Technikum czas nastał i ponownie: W pracowni informatycznej siadaliśmy w 5 przy jednym komputerze, lub też jak jakiś sobie samemu złożyliśmy. O internecie dowiedzieliśmy się z niesamowitych opowieści pana od informatyki (siadał na podwyższeniu, a my wokół niego na podłodze po turecku i z rozdziabanymi mordami, z niedowierzaniem słuchaliśmy o cudzie zwanym Internetem). Włef mieliśmy albo cały rok na stadionie i graliśmy w nogę, albo na sali w której grając w kosza trzeba było robić slalom między filarami. Po wyjściu nas z technikum szkoła dorobiła się kapitalnego remontu, nowej pełnowymiarowej sali do kosza, basenu, 666 pracowni informatycznych itp, itd. Wszystko to przeszło mi koło nosa.
Na studiach? Postawili nam jakiś nowy budynek, ale rzadko do niego zaglądałem, bo mi było kompletnie nie po drodze, albo musiałem jechać do domu.
.. Zaczęliśmy się tak użalać nad sobą, że powinniśmy się urodzić w 1993 roku, to te wszystkie cuda i udogodnienia nie przeszłyby koło ryja. Z drugiej strony byłoby za łatwo: Nie wiedziałbym do czego służy trzepak stojący przed domem, miałbym pewnie o 100 więcej uczuleń, bo na dwór wychodziłbym tylko idąc z domu do garażu, pierwsze klocki lego miałbym kupione za złotówki, a nie za uzbieraną kupkę zachodniej waluty (i pomijam fakt, że nowe Lego to straszna kupa). Co jeszcze? Pierwszego pornola nie obejrzałbym u znajomych w konspiracji na VHS, a na internecie (pomieszał trochę przy nazwie ...tube.com), miałbym szalone konto na pingerze czy innym kozaczku, a większość moich koleżanek straciłaby dziewictwo w wieku 13 lat i wiele wiele innych przykładów...
Cofam to co powiedziałem, wcale nie żałuję, że urodziłem się w '83, bo to zacny rok. Nie liczy się wyposażenie szkoły i metraż sali od włefu, liczy się klimat i czad, jaki wytwarzała Zacna Ferajna, a wierzcie mi, że był ogień!

Dyrektywy kulturalne: W łikend w Multikinie seanse za 11zł. Trzeba będzie się wybrać na jakieś porządne amerykańskie kino, w którym jest więcej wybuchów niż wypowiedzianych słów (Niepowstrzymany Tonnyego Scotta?). Piątkowy wyjazd do Poznania zaowocuje wieloma wydarzeniami pełnymi kultury i duchowych uniesień, z których i tak 75% nie będę pamiętał. Na jesienną pogodową kiszkę polecę płytę zespołu In Flames - Clayman.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka, będąca zarazem brodoopluwaczem, że mnie tam nie będzie. Za 3 dni w Płocku koncert Żana Miszelę Żara, a z Włocławka do Płocka jest tylko 46 km... Aj, głupi ja, głupi!! Piosenka to Equinoxe 5 z repertuaru koncertującego pana. Trąca lekko muzeum (ma 30 lat), trąca elektronisze (z najwyższej półki). Zapraszam.

W następnym wpisie opowiem jak spróbowałem przywrócić równowagę wszechświata i królestwo słońca poprzez próbę odzyskania koszulki Iron Maiden.

czwartek, 21 października 2010

Panoooowie tak nie wolnoooo....

Ha, wreszcie wróciłem do formy sprzed utraty formy i zamieszczam po 5 postów miesięcznie (żeby one jeszcze były przyzwoite jakieś). Dzisiejszy krejzolski wpisik opowie pewną życiową historię. Otóż mam takiego kolegę... (jassne)... no i ten pewien kolega nie przemęczał swojego umysłu na studiach nauką teorii na jakieś nudne i nie interesujące go egzaminy. Uczył się tylko na interesujące go przedmioty, a zapewniam nie było ich wiele. Będzie to w pewnym sensie wycieczka w przeszłość (tego pewnego kolegi) i rozpatrzenie (oczywiście przez niego) zakazanych metod pomocy w egzaminie/kolokwium. Jednocześnie będzie to poradnik dla przyszłych prowadzących wykłady, tudzież pilnujących na egzaminie. Klasycznie, jak to przed laty bywało, wyliczanka. Lecimy, kamelą sawa:
Amateur - czyli kompletna porażka w samopomocy przy egzaminie. Metody ściągania kompletnie nieużyteczne i jak najbardziej zdradzieckie. A to, że ktoś jest Amateur oznacza kompletną amatorkę przy ściąganiu: spalenie buraka, zapocenie się od stóp do głów, wiercenie się dupą po fotelu. Ciało nas zdradza... nie raz i nie dwa. Wykładowca (przynajmniej ten co chociaż stara się pilnować) z miejsca zauważy jakieś łamanie regulaminu.
Celofan - metoda ta pomogła mojemu koledze w jednym z egzaminów. Przed sprawdzianem zrobił wykład: co ów egzaminator wyprawia podczas pilnowania. Okazało się, że nie chodzi zbytnio po sali, tylko z jej dołu obserwuje studentów, a zwłaszcza tych co wykonują krzywe ruchy. A więc, w celu zminimalizowania krzywych ruchów kolega ze swoim współspaczem z akademika wpadli na patent: wydruk całej teorii na matowej przezroczystej folii i położenie jej na ławce. Przeszło... chłopaki zdali... po dopytce. Ale może o tym cisza.
Harmoszka/akordeon - i nie chodzi mi tu o ulubiony instrument każdego szanciarza i miłośnika Morskich Opowieści. To jedna z najstarszych metod ściągania. Drukujemy wszystko na pasku papieru, składamy w harmoszkę i do rączki. Jak wiadomo powszechnie rączka działa ocieplająco i wilgotniejąco. Dlatego też rzeczy w rączce wilgotnieją, a na harmoszce rozmazuje się druk. Dlatego istnieje też harmoszka poligrafisty, czyli obklejona taśmą. Podkreślam i zaznaczam, ta metoda to amateur!
Nóż sprężynowy - to jest krok dalej rozwinięta harmonijka. Określę ją mianem harmonijki zautomatyzowanej. Konstrukcja podobna: wydruk na papierze, lecz do końca ściągi mocujemy linkę, aha potrzebujemy do tego koszuli na długi rękaw. Linkę wpuszczamy poprzez rękaw do koszuli. Ściąga ląduje w dłoni z linką. Ktoś idzie, a my cmyk i ciągniemy za koniec linki bez ściągi. Ściąga robi kycy i znika w czeluści rękawa. Metoda amateur.
Super Tatoos - to czego nie wiemy rozrysowujemy na swoim ciele. Zazwyczaj większość ludzi pisze na ręku wzory i inne daty z historii. Rączka zapoci się ze stresu i z tatuażu zostaje zmaza. Mój kolega zwykł pisać sobie wzory na boku łydki. Bo śmiesznie sobie zakładał nogę na nogę i dzięku temu mógł widzieć bok tej łydki. Metoda amateur.
Porno rypanie - (to nie jest hasło do wyszukiwania filmów na redtubie). Metoda skierowana dla pań. Wkładają sobie ściągi pod rajstopkę na udzie, a do tego mini. Przyjemne z pożytecznym - chłopcy sobie popatrzą, a dziewczynki nie będą musiały zaprzątać sobie głowy niepotrzebną wiedzą. Można sobie jeszcze schować ściągę pod dekolt (jeżeli ktoś ma dekolt). A czy koszulka w serek to już dekolt? To egzystencjalne pytanie dla Sali Spektry...
Podajże - Metoda podobna do słynnego pożycz 20 groszy, czyli pożyczamy od sąsiada, koleżanki siedzącej za nami kartkę z interesującą nas odpowiedzią na interesujące nas pytanie. Jest do dość perwersyjna metoda, nie zawsze się udaje i wymaga niezwykłego refleksu od osoby pożyczającej i biorcy pożyczki. I tutaj wymienię 2 śmieszne anegdoty:
Pierwsza: pewien kolega siedzi na egzaminie, odwraca się do tyłu i mówi:
- Pewna koleżanko, daj jakąś kartkę...
Ta chyba nie zrozumiała pytania i dała koledze czystą kartkę. Na to oburzony kolega odrzekł:
- Nie to, nie to....

Druga: Ten sam kolega i ta sama koleżanka. Siedzieli jedno za drugim. Tym razem koleżanka zrozumiała prośbę i dała koledze kartkę z odpowiedzią. Ten odpisał odpowiedź i zaczynał oddawać kartkę właścicielce, lecz zczaił to pilnujący kolokwium.
- Panie pewien-kolego, co pan robi z kartką koleżanki?
- Chciałem odpisać....
- Odpisał pan?
- Nie zdążyłem, bo skończył się czas.
- Aha...


Perwa
- metoda dość ryzykowna i wymagająca włochatych jąder. Całą niewiedzę piszemy na kartce, podobnej do tej na której pisać będziemy egzamin. Podpisujemy ją, piszemy nr indeksu, czyli wszystko tak, jak normalną kartkę od egzaminu. Zawartość również ma przypominać pisany egzamin. Oczywistym jest, że piszemy tym samym kolorem długopisu co egzamin. Zaczyna się egzamin. Po upłynięciu kilkunastu minut (czyli czasu, po jakim powinniśmy zapisać kartkę) wyciągamy naszą ściągę na ławkę i przepisujemy z kartki. Jako, że wygląda ona jak kartka egzaminu, a my nie robimy krzywych ruchów, to wszystko powinno się udać. A co gdy pan egzaminator stempluje kartkę? Wyższa szkoła jazdy, ale idzie to obejść.
Oko karpia - najlepiej mieć do tego oczy rozmieszczone jak kura, albo jak ryba - po bokach głowy. Jednym okiem patrzymy w kartkę, a drugim do kartki kolegi, który siedzi obok. Sprawne oko karpia dostrzeże nawet kartkę kolegi siedzącego kilka metrów od nas, parę rzędów przed nami, a mistrzowskie oko karpia dostrzeże kartkę kolegi siedzącego za nami...

Jak widzimy metod samopomocy jest wiele i wszystkie one są złe i prowadzą do złego. Amatorszczyzna w ściąganiu prowadzi do zguby, a niekontrolowanie nad własnym ciałem i potówkami rąk podobnież... Jak opowiedział mi kolega (bo pilnował z 2 razy na egzaminie): wykładowca widzi jak ludzie ściągają. On sobie tylko wmawia, że to nie prawda, a każdy student jest praworządny niczym student prawa. A wszystko to co napisałem powyżej to zwykły kawał jest, darujcie to już ballady kres...

Dyrektywy kulturalne:
Film Social Network w reżyserii pana Finczera (tego od Siedem i Obcego Trła) to dobry film: pozbawion na siłę wepchniętego gównianego morału, pozbawion również jako takiego zakończenia, z klawą muzyka pana z NIN. Chyba się starzeję, bo poszedłem na ten film do kina, a przecież nic w nim nie wybucha i Bruce Willis nie strąca helikoptera taksówką. Jak to pewna koleżanka stwierdziła: Poszedłem na izraelskie Winogrona do kina. Jeszcze może pójdę do teatru? Może...

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka dla prawdziwego mężczyzny ceniącego dobrą muzykę i kobiece ciało. Zapraszam do wysłuchania i podkreślę obejrzenia piosnki Sidneja Polaka - Ragga Rap. Tylko dla dorosłych, dlatego też zapraszam wszystkie dzieci.

W następnym wpisie przedstawię moje typy w najbliższych wyborach Miss Świata transwestytów, które odbędą się w Tajlandii.

środa, 6 października 2010

Tok myślowy.

Dzisiejszy krótszy niż zwykle wpis ma za zadanie przeanalizowanie toku myślowego człowieka umawiającego się na wódkę. Będą to 2 scenki rodzajowe, które odbyły się całkiem niedawno, gdy Zacna Ferajna stawiła się na Kujawach w komplecie (Chodząca Encyklopedia Maciej zjechał z Gorzowa Wlkp.). Kolejną przyczyną napisania tego posta jest wyrobienie normy rocznej: w zestawieniu z rokiem poprzednim mamy: 52 posty. Stan na październik 2010: 24 posty. Czyli do końca roku muszę naskrobać 28 postów... 12 na miesiąc. Damy radę. Obym nie zaczął stawiać na ilość umniejszając jakość. Nie przedłużamy, lecimy:
Scenka pierwsza - miała miejsce, gdy siedziałem sobie w pracy i kombinowałem co kupimy na wieczorne chlanie:
Dzwonię do Rona:
- Siemasz Ron, powiedz mi co mam kupić: dwie połówki, czy litra Żołądkowej?
- No nie wiem, no.. A ile wypijemy?
I teraz psychologiczna analiza scenki: Litr to była stała, co do której nie było wątpliwości. Litr musiał zostać wypity (i został wypity). Jedyną różnicą było: jak zostanie podany: czy w 2 czy w jednej butelce. Z punktu widzenia Praktycznego Mateusza 2 połówki są praktyczniejsze bo jedną się pije, a druga się blanszuje w zamrażarce. Litr z kolei ma to do siebie, że się ociepla, a sam płyn traci w temperaturze pokojowej swoje zblanszowanie i kremowość. Wzięliśmy litra, a z punktu widzenia szeroko pojętego czaaasu powinniśmy wziąć 2 połówki.
Scena druga - miała miejsce 3 minuty po przełomowym poprzednim dialogu, gdy zadzwoniłem do Macieja i zapytuję:
- Maciek, z Ronem uzgodnione, pijemy. Kupić litra, czy krowę.
- A ile to jest krowa?
- Nie wiesz ile to krowa? Policz sobie...

Analizując powyższy dialog można wysnuć: albo Maciek miał chwilę słabości i nie umiał policzyć ile to jest krowa wódki, albo właśnie wstał ze spania (on tak lubił), albo miał z matematyki mocne 3 na szynach. Podpowiem, że krowa to europejskie trzy-czwarte-wódki. Onegdaj było to 0,750ml, a po wprowadzeniu suchych unijnych norm jest to 0,700ml alkoholu. Podobnie po pysku dostała ćwiartka: z 0,250 zrobili 0,200ml alkoholu. Bezsens.
Powyższe scenki uświadamiają nam, że gdy człowiek ma ochotę na wódkę to przysiada jego inteligencja. Zrobimy wszystko byle by usiąść wieczorem z Zacną Ferajną, smażoną z cebulką kiełbasą i kiszką, keczupem włocławskim i Żołądkową Deluks. Cóż to był za wieczór... pachniała saska kępa.

Dyrektywy kulturalne: YYYYY, ten no.... yyyy. Mogę wam opowiedzieć co we wczorajszym odcinku zrobił Doktor Grzegorz Dom, zrobił afdhwsipuhfwfhsdfasnlfskfjh. Więcej nie powiem. Aha, polecam muzykę Pantery. Pozytywnie nastraja, gdy człowiek nienastrojon.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka lekko hipnotyzująca, nie wiem o czym. Śpiewaliśmy ją zawsze z kolegą z akademika, gdy wracaliśmy w nocy z szalonych imprezek nad ranem. Zasłyszana onegdaj u pewnego Misia, który był Larsem Godsmacka, a który to były miś postawił mnie niedawno na nogi i udzielił nagany! To ja może napiszę co to za pieśń? Otóż: Godsmack - Voodoo. (A śpiewaliśmy to tak: bełkot, bełkot, bełkot enter maj weiejejejns, bełkot, bełkot). Zapraszam.

A w następnym kąciku Potoku myśli opowiem co człowiek zrobi, żeby zjeść kebaba z dworca we Włocławku.

poniedziałek, 4 października 2010

Piwnica pod baranami cz. 2

(Powracając do miejsca w którym skończyłem w części pierwszej)... i poszukiwało nowych smaków piwnych, do których nadal nie przywiązywało większej wagi. Zasada była prosta: im taniej i mocniej, tym lepiej. A przypomnę, że dziecko zwane Pawłem studiowało w Poznaniu - stolicy łączenia taniego z pożytecznym. Bliskość Biedronki sprawiła, że zasmakowaliśmy ze znajomymi VIPa (pierwszego wspólnego wieczoru na studiach i jeszcze tego wieczoru dostałbym po ryju). Jak sama nazwa wskazywała (oraz przypominał o tym napis z wieczka), że VIP był piwem dla konesera, poszukującego nowych smaków i wyzwań. Ja, ja i jeszcze raz ja. Lekkie NOT! 3 Vipy i rozum oniemiewał, oniemiewały również kończyny i od czasu do czasu oniemiewało jelito grube.... albo nie.... jelito grube się rozgadywało. Jeszcze jedno piwo z Biedronki pozwoliło mi się nie raz i nie dwa teleportować z nie jednej i nie dwóch imprez: Sarmackie Mocne - kwintesencja dobrego, koneserskiego piwa - plastikowa litrowa butelka, zajebisty procentaż (z francuskiego prosentauge) alkoholowy. Ale o tym ostatnim piwie zapominamy, nie ma go. Kolejnym krokiem połączenia taniości z mocą... z odrobiną jakości było piwo Dębowe Mocne browaru Lech - było dobre, bo mocne. Do dziś nie zapomnę, jak to idąc do pokoju stłukłem na korytarzu 3 Dębce. No tak... bo wieczór z Dębowym Mocnym nazywaliśmy Dębowym Przedszkolem.
Raz pewnego czasu, po pewnym męczącym wykładzie, na którym nie byliśmy, Mistrz Iluzji D. (taki kolega o pociesznej ksywie. którego chyba powinienem przeprosić) zabrał nas do knajpy, której nazwy nie znam. Nazywaliśmy ją potocznie i operacyjnie Oblechem - bo waliło, było obleśnie, ale... Było piwo Fortuna Ciemna za 3,50zł z kija. Pocieszne piwo, słodkie (ktoś kiedyś zwęszył spisek, że to piwo z kolą - NOT!) i dosyć mocne, wchodziło w przełyk jak oranżada, a trzepało jak kompot odstawiony na 4 miesiące do piwnicy w balonie. I tak mijały dni tygodnie, miesiące... Gdy nie było Fortuny, to dzieci raczyły się pospolitymi i szarymi piwami Leszkiem, Tyskiem i Rusem, wszelakimi Kalsbergami i Tatrami, Harnasiami, Żubrami, itp, itd. W domu pijało się to samo pospolite świństwo, gdy...
W roku 2004 Carlsberg przejął browar Sierpc, a obleśne piwo Kasztelańskie zamieniło się w Kasztelana, tym samym poprawiając się jakościowo i smakowo 666 razy. I tak już Pawełkowi zostało - Kasztelan w domu, Fortuna w Poznaniu. Po powrocie na stałe na słoneczne kujawy Fortuna poszła w niepamięć, a pozostał jedynie Kasztelan. Rok 2008 to kolejny przełom - Kasztelan Niepasteryzowany, zwany potocznie przez Zacną Ferajnę Niepasteryzacją. Piwko o krótkim terminie ważności, super smaku i dużej mocy trzepania pomimo małego woltażu. Piwo, o zgrozo, dostępne było tylko w lato. 10 miesięcy czekania na kolejną dawkę to stanowczo za dużo czekania. W tym roku Niepasteryzacja przyjęła nową etykietę i pojawiła się w puszce. Zwęszyliśmy spisek, bo przecież browar puszkowany musi być w jakiś sposób zabezpieczony przed osiadaniem chrobotka reniferowego. Spisek, nie spisek to piwo i tak smakuje dylyszys. Pojawiła się kampania reklamowa w ogólnopolskiej TV, a jak widziałem po raz pierwszy zajawkę Niepasteryzacji w telewizorni to miałem łzy w oczach. Gdy przed koncertem Metaliki w Wawie dostaliśmy w sklepie Niepasteryzację, to padłem na pierś i całowałem ziemię mazowiecką. Hasło : Niepasteryzacja to rewelacja zostało na stałe wpisane do Wielkiej księgi przysłów Kujawskich.
A co robi obecnie Paweł Gesler? Wielki smakosz piwa i dobrego gustu i smaku? Obecnie smakuję przeróżne piwa niepasteryzowane i od czasu do czasu w pijalni piw (132 różne piwa do wyboru) zamówię sobie Kasztelana Niepasteryzowanego...

Dyrektywy kulturalne: Serialowa jesień mode ON, czyli wracam z pracy i oglądam przeróżne nowe odcinki seriali i tyle. W robocie zapieprz, nie ma czasu porządnie podetrzeć nosa lamie... Jajka wróciły na miejsce, a Toruń trafia na czarną listę. Noworoczne postanowienie o głuchej białej sowie zostaje ponownie aktywowane i poszerzone o nowe dyrektywy. W piątek goście z Poznania, a nawet pani gość. Sobota, natomiast zaowocuje w pełen przestrzeni i głębi artystycznej koncert agro-grin-corowej kapeli Zachlapany Szczypior!

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka zespołu Alicja w Łańcuchach o tytule Lesson Learned. Ciekawa, może niektórzy nazwą ją życiową, a ja nazwę ją klawą do samochodu. Zapraszam.

W następnym wpisie opowiem wam co kawał o głuchych białych sowach, z którego to kawału wywodzi się mój światopogląd.

wtorek, 14 września 2010

Piwnica pod baranami

Witam serdecznie wszystkie grzeczne dzieci, w lekko zapuszczonym (tak lekko zapuszczonym jak zarost Pana Kleksa) blogasku. Nie pisałem bo nie miałem o czym, a tak na serio to nie miałem czasu kiedy. Minimalne NOT!
Jak widać za naszymi nieumytymi oknami, wielkimi krokami, w swoich okutych glanach kroczy powolutku Pani Jesień (zasadniczo to pani jesień, bo nie lubię jesieni), aby ostatecznie stanąć nam na klatach i zarazić katarem. W robocie już 2 osoby pociągają nosem i wycierają smarki w firmowy polar. Człowiek nie pisze nic od miesiąca, a nadal posiada dar schodzenia z tematu. No to: jesień idzie, wszyscy smarczą. A gdy robi się zimno, to co człowiek robi żeby się ogrzać? Oczywiście, że kładzie się obok pustych butelek po piwie przy drzwiach na korytarzu, mając na sobie laczki z 4 paskami (niczym Błażej ze zdjęcia- kuzyn mojego kolegi Dominika). Na serio: odstawia piwo i sięga po wódkę (np. tu). Idzie odnaleźć pewną analogię co do mojego tytułu wpisu i zdjęcia: pan Błażej żegna się z porą piwną i obok symbolizujących ów koniec pustych butelek przystaje na chwilę i popada w zadumę.
Czy pamiętacie swoją przygodę z piwem? Nie mówię o tej przygodzie z wczoraj, czy z ostatniego łikendu (oj tak, łikendu, którego mgliście pamiętam), a o pierwszej przygodzie z piwem? Takim rozdziewiczeniu się butelką piwa? To będzie moja krótka historia o piwie i o tym jak się rozdziewiczałem.
Wstęp do Dziadów: Bo ja swego czasu byłem niezłym plackiem i nie sięgałem po żadne nic. Szczytem ekstrawagancji i spontaniczności było kupienie paczki Lejsów w innym sklepie niż zwykle. A już szaleństwem było znalezienie w niej krążka z Gwiezdnych Wojen (i te krążki gromadziłem).
Rozwinięcie: Piwa to próbowałem a to od mamy, a to od taty, a to od braty. Zawsze po posmakowaniu pytałem: jak wy możecie pić takie świństwo? (ale był ze mnie fool). W którejśtam klasie podstawówki, na obozie sportowym wypiło mi się jakieś piwo (nadal obleśne w smaku), aby nie wyjść na frajera, którym i tak zapewne byłem. Pod koniec podstawówki nastał okres przedtechnikowy, z pewnym kolegą Janem pojechaliśmy w plener (na zamek krzyżacki nieopodal) i w ramach opicia końca podstawówki kupiliśmy sobie po Wareczce Strąk ... bo podobno jest słodka i nie smakuje jak pomyje. Była słodka i nie smakowała jak pomyje, a kolega Jasiek po konsumpcji wskrobał się na wieżę ruin zamku i wybekał sławetne już: MYNTON! (pamiętacie taką reklamę myntona, co koleś krzyczy mynton?). tacy byliśmy podchmieleni i zwariowani. Następnie długo długo nic i na jakimś obozie sportowym otrzymałem Tatrę. Po łyczku nadal uważałem, że piwo to jakaś pomyłka i nasypałem do puszki od groma cukru. I tutaj materiały do następnego odcinka Pogromców Mitów: czy Tatra z cukrem się pieni? Odpowiedź we wrześniowych odcinkach, a podpowiedź już teraz: jak diabli! 67% piwa zładowało na podłodze.
Rozkwit: Jakoś w trzech czwartych technikum, albo 4/5 zacząłem sięgać z kolegą po pewne bardzo tanie piwo z Reala (Pilsener i jeszcze lepszy Pilsener Strong), bo wiadomo, było tanie i jeszcze-nie-wówczas dobre. Magicznym upiększaczem i dodatkiem chemicznym E666 był sok imbirowy. Browar wchodził jak nigdy, w smaku przypominał smak plomby dentystycznej. Ehh, to były czasy, to był
Pogański Obyczaj. Imałem się różnych piw w poszukiwaniu smaaku i aromaaatu. Powolutku odstawiałem sok imbirowy, zastępując go rosnącą mocą piwa.
Dziecko poszło na studia i ......

koniec części 1.

Dyrektywy kulturalne: Koniec wakacji, powrót do roboty. Po urlopie już wspomnienie, (koncert Habakuka i Leniwca - YES!) smutno się robi za oknem, na siłowni reaktywacja z przyjaciółmi z siłowni. Do posłuchania polecę płytę zespołu Acid Drinkers o tytule: Fishdick Tzwei. A na niej wiele ciekawych kołwerów, np: Ring of Fire, Hit the road Jack, czy super klawe Love Shack. W kinie Niezniszczalni (porządne pranie po ryjach i obsada spod znaku Action's Eleven). Miś w słonecznej Espanii zbiera dla mnie kamyki z Jeleniej Góry... nuda.

A w TV Cyganki Eduszy zapowiedziana w dziale kulturalnym piosenka Love Shack. Oryginalnie śpiewał to The B52's, ale ta wersja jest klawsza. Zapraszam do tupania nogą do rytmu.

A w następnym wpisie dla zmyły opowiem o technice robienia szpagatu w celu odwrócenia uwagi od naszej niewiedzy.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Erotisze aus akademisze

Witajcie drogie dzieci. Było już kisze aus akademisze, a co jest tak samo ważne jak kisze? Oczywiście, że erotisze i oczywiście aus akademisze. Miał być wpisik o gadu gadu, ale stwierdziłem, że w tak pięknych okolicznościach przyrody w każdym z was obudził się gen królika wielkanocnego, zwany potocznie Syndromem Królika Wielkanocnego.
W akademiku się gotuje, przypala jedzenie, pije, miesza spiryt z wodą i wmawia gościom, że to Starogardzka, gra w nocy na gitarze, rzyga do szuflad, jeździ na rolkach, żyga do garków, znowu pije, oczywiście ciupcia no i od czasu do czasu (żaaadko) uczy i śpi. Czynność zwana oczywiście ciupcia oznacza odbywanie stosunku płciowego - oczywiście z osobą płci przeciwnej. Bo samemu to można conajwyżej pouprawiać Regułę Prawej Dłoni za pomocą prawej dłoni i strony z przeróżnymi przedrostkami i końcówką ...tube.com.  Opowiem tu wiele tajników i aspektów erotisze i spróbuję wyciągnąć jakieś proste wnioski.
Aby było po katolicku, albo prawie po katolicku (nie wiem bom niebieżmowan) para musi być po ślubie żeby sobie mogła poużywać. A gdy mówimy o prawie po katolicku, to para powinna być przynajmniej zaręczona. A więc:
1. Zaręczyny - Najoczywistszym wyborem na miejsce zaręczyn jest akademik (wiadomix). Pozbywamy się kolegów z pokoju, w miarę cały syf i kiłę chowamy w szafie, a podłogę omiatamy aby nie pobrudzić sobie dżinsów klękając z pierścionkiem. Kolejnym gwarantem, że niewiasta powie TAK! jest miska surówki owocowej z jogurtem no i oczywista obrus na stole (dla cięcia kosztów: obrus gumowy). Opcjonalnie postawmy jakąś świeczkę. Niech Łinamp zaproponuje nam ckliwe piosenki zespołu Sumplastic (sprawdźcie na Jutubie). Okej! Mamy 666% szans na to, że nasz miś na bank nie powie NIE. Klękamy oświadczamy się, ona mówi Mkay i jakby po katolicku jesteśmy już mężem i żoną (taka wersja demo), więc śmiało możemy przejść do...
2. Nocy poślubnej - kolegów wciąż nie ma, miś powiedział tak, więc czas na małe katolisze erotisze. Czyli kawałek gry wstępnej, klasyczna pozycja na misjonarza i możemy pozwolić sobie na głośne ghllll! Nic bardziej prostszego. A co jest gdy np?...
3. Koleżanka wyszła ze śmieciami na 15 minut? - obowiązkowo nasz miś daje nam znać na telefon, że koleżanka wyszła na jakiś czas i jej nie będzie. Krótka piłka! Gra wstępna ogranicza się do przybiegnięcia do pokoju misia. Aby nadać więcej erotyzmu grze wstępnej możemy w połowie drogi do jej pokoju ściągać portki. Wpadamy do pokoju, robimy co swoje i szybko ubieramy portki bo przyszła koleżanka. Ćwiczenie to wyrabia refleks i szybkość w podejmowaniu decyzji. Potrzeba na erotisze wyzwala w mężczyznach potrzebę wynalazkości, np:
4. WORD jako komunikator tekstowy - raz pewnego czasu, do dobrego (jak nie najlepszego) kolegi z pokoju przyszła dziewoja, z którą lubił sobie pofikać. Nigdy jednak nie mieli za bardzo o czym pogadać - kompletnie nie kleiła im się rozmowa. Siedziałem między nimi jak kołek i czułem się jak zapasowe koło w rowerze marki Wigry 3. Plusem mojego siedzenia po środku był, na wyśięgnięciu ręki, laptop. Wyciągam rękę, odpalam Worda i piszę: Będziesz dymał?  Odwracam laptopa w stronę kumpla, on przytakuje z bananem na pysku. Odwracam do siebie i piszę: mam przyjść za godzinę? Odwracam i taka sama reakcja. Więc założyłem turban na głowę i znikłem. Wierzcie mi, niektórzy współlokatorzy nie są tak domyślni i wspaniałomyślni jak ja, ha ha! I tutaj dochodzimy do:
5. Niedomyślnej koleżanki - mój onegdaj miś miał taką w pokoju. W dodatku nie miała za dużo znajomych i za cholerę nie wpadła na to, że chcę z misiem pobyć sam na sam i pooglądać znaczki.... A jak nie zrozumie przenośni? Może będzie chciała pooglądać znaczki z nami, bo sama interesuje się filatelistyką? Masakra i zgroza w jednym. Ja tu cały czas o sobie a przecież:
6. Innym też się powodzi - Swego czasu gdy spałem u misia (a z rana mam bardzo czuły sen) obudził mnię pewien szelest w pewnym miejscu pokoju. Podnoszę główkę a tu na łóżku obok parka robi szur szur, zwieńczone głośnym: GHLLHGHGHH! chłopca. ...Ale otrzymał zjebę od swojej wybranki, że za głośno dochodzi, a ja ze śmiechu prawie zlałem się w gacie i odgryzłem poduszkę. Następnego dnia robili zupełnie to samo, aczkolwiek w innej pozycji. Pamiętajcie dzieci, że:
7. Bzykanie to kalorii spalanie - przed porannym włefem, wykorzystując również iście poranny namiot poużywałem sobie z misiem. Następnież poszedłem na włef, praktycznie polewitowałem 5cm nad ziemią ze szczęścia. Kumpel (zacny wuj Łok) zaproponował sprawdzian z wyciskania. I pierwszy ciężar (jakieś 60kg) zmiótł mnie z powierzchni ziemii. Koleżanka z treningów opowiadałą podobną anegdotę: poużywała sobie z misiem i zgniótł ją pierwszy ciężar na sztandze. Jak mawia stare kujawskie porzekadło: O jedną spaloną kalorię za dużo!. Po każdym większym wysiłku czas na:
8. Higienę osobistą - pokój pełen ludzi, a wam z misiem się zachciało ten tego? Wtem czujecie się bardzo brudni i idziecie niby razem, niby osobno pod prysznic. Pożyczacie od misia damski szlafrok w kwiatki, jakieś misia papetki o 10 numerów za małe i biegiem pod prysznic. Uważajcie aby się nie przewrócić i aby nie zakręciło się wam w głowach. Oraz nie dajcie się...
9. Wytrącić z równowagi hałasami innych - bo zdarzyło się raz, że pewna para wpadła na ten sam pomysł co my i zaczęła imprezkę prysznic obok. Dziewczyna spod prysznica obok wydawała z siebie hałasy niczym z pewnego niemieckiego filmu z dabingiem. Wówczas należy: założyć opaskę nindży i rozpocząć:
10. Ancient Ninja Techniqes of Kolędowanie - właśnie w ten sposób narodził się najlepszy sposób powodujący niechęć na sex u innych. Gdy para obok bzykała się (to straaaaszne) i to na głos (to niewyobrażaaalne) zaintonowałem pewną kolendę (chyba Wśród nocnej ciszy). Po pewnym czasie laska przerwała jęczenie i odrzekła do dostarczyciela bolca: Poczekaj, poczekaj, ja tak nie mogę... Ha! Zadziałało. Skończyli i poszli, a ja mogłem zacząć i wejść, chły chły... Moje pomysły i gry psychologiczne zawsze działają. Po jakimś czasie powstało pojęcie: Prześladującego kolędnika. Mówiło się o nim wówczas, gdy nasz miś nie miał ochoty na te sprawy. Kolega oddał mu nawet hołd swoim opisem na gadu: carol singer, stop horrasing me! Co w wolnym tłumaczeniu oznacza: Kolędniku, przestań mnie prześladować!
Ehhh, to były czasy. Człowiek musiał być czujny jak nindża, ażeby mógł pociupciać. Trzeba było analizować podmuchy wiatru, prędkość spadających liści, kwaśność gleby, aby wyczuć czy miś będzie wieczorem sam w pokoju. Trzeba było śledzić pilnie kurs dolara, analizować prasłowiański kalendarz, a wszystko to po to by dowiedzieć się, czy pod prysznicem dostaniemy od misia coś miłego....
  
Dyrektywy kulturalne: Za 28 dni koncert AKA DAKA (wymawiając z australijska). Na ścianie koło łóżka wydrapuje nieobciętym paznokciem (u nogi) pionowe kreski oznaczające dni oczekiwania. Jutro czas na lekko zapomniany rytuał: KKK, czyli Kino, Kebab, Kasztelan. W kinie grają Człowieka z Żelaza 2. W filmie wykorzystano głównie muzę AKA DAKA (cóż za zbieg okoliczności). A teraz na muzycznie: Gdybym ostatnią płytę Alisów miał nagraną na kasetę, to byłaby ona przeźroczysta. Kawał dobrej muzy. Polecam, zapraszam. Wraz z kompanem Ronem pozyskaliśmy projektor filmowy z roku '59, który zamierzamy uruchomić (pozyskaliśmy również parę filmów dokumentalnych i kronikę filmową). Jesteśmy jakby w połowie (tej większej). Szczegóły i zdjęcia wkrótce...
    
Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka dla mniejszości seksualnych. Super klawy teledysk i mega wpadająca w ucho melodyja. No to: Electric Six - Gay Bar. Słuchając tej piosenki dowiedziałem się, że grając porządną muzę można mieć również niezły ubaw.


W następnym wpisie zamieszczę hasła i nicki wszystkich użytkowników serwisów fotka.pl i lans.pl

niedziela, 18 kwietnia 2010

Koniec świata!

Dosyć kur*a! Powiedział bosman po czym szpetnie zaklął. Najwyższa kurde pora ażeby coś napisać. Pomysłów multum, czasu multum, nawet multum piniad... Bo przecież nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że zupełnie niedawno doświadczyliśmy końca świata. W tak smutnych i żałobnych czasach wypada nam jedynie pisać o sprawach podniosłych, patetycznych i poważnych... NOT! Do napisania tego szalonego wpisu skłoniła mnie pewna rozmowa, która odbyła się w pewnym mieście niedaleko granicy z Niemcami. Sącząc wódkę wraz resztą naszej trójcy, którą śmiało określić można mianem think tank, odkryliśmy pewną zdumiewającą obserwację: przeżyliśmy koniec świata... Odbył się on w latach '80. Ale zaraz, ale po kolei:
Moda lat '80 - i na wejście zagadka: kim jest ten pan, a może pani ze zdjęcia? Oczywiście, że jest to łysy Andre Agassi, tylko, że zdjęcie pochodzi z szalonych lat '80, gdy boski Andre miał piękne włoski i pięknie się ubierał. Fryzury to chyba główna bolączka z tamtych lat. Weźmy Sare Connor z pierwszego Terminatora (ehh ta grzywka), fryzury z tyłu okładki płyty Metallici - And Justice for All. I już wiadomo, że bez względu na wiek, status oraz płeć wszyscy mieli tą samą upiorną fryzurę:z przodu krócej, z tyłu dłużej, czasem pod nos zakradł się jakiś wąs. Dochodziły do tego jeszcze jakieś obleśne kresze, tjule i fiszbiny (Podaj cegłę Trojanowska i Szklana Pogoda Ostrowska). Przecież od noszenia czegoś takiego można się było nabawić grzybicy, odparzeń i zaników pamięci. Wszystko sztuczne, obślizgłe i baaardzo elektrostatyczne. Bardziej elektrostatyczne niż niejedna impreza electro. I na koniec: strój madonny z teledysku Like a Virgin.
Kino lat '80 - Weźmy najpierw seriale: tony bezsensów i kiszkowata fabuła, a motywem przewodnim był jakiś gadżet seria fantastycznych filmów o których nikt nie pamiętam. Kompletne porażki bezsensowne filmy, które może i miło się ogląda, ale są bez sensu. Nawet świat Gwiezdnych Wojen wszedł w lata '80 serwując nam słitaśne Ewoki... brrrr. Na wszystko należałoby spuścić wielką kurtynę ważącą 16 ton. Nie umiem tego opisać słowami, to trzeba poczuć, załączając sobie po kolei wyżej wymienione dzieła i mając na sobie jakieś obleśne ciuchy.
I nagle mamy koniec świata: Papa Dance się rozpada, upada komunizm, Linda Hamilton obcina grzywki, Metallica nadal nosząc getry i mając śmieszne fryzury wydaje czarny album, AC/DC wydaje The Razors Edge, świat podnosi się po wielkiej katastrofie. Osoba przyłapana na ulicy w jakichś streczach zostaje natychmiastowo spalona na stosie, a Andre Agassi łysieje. Kula ziemska po raz kolejny powróciła na swój dawny tor i kręci się w dobrą stronę. Od razu zostały wynalezione lekarstwa na groźne choroby, ludzie wynajdują dotykowe ekrany, a James Cameron kręci Terminatora 2. Co jakiś czas wiatr za oknem niespokojnie zawieje atmosferą tamtych lat, gdy w Wideotece Dorosłego Człowieka włączą Kombi, TVP1 włączy 6666 odc. Mody na Sukces, a ja ubiorę się w oldskulową bluzę włefisty. Ale to tylko po to, żeby udowodnić nam jak wtedy było smutno i ponuro (pomimo kolorowych dresów), jakie puste i bez pomysłu były te czasy. Amen...

Dyrektywy kulturalne: Obejrzawszy ostatnio w kinie Wyspę Tajemnic - filmu tak pełnego suspensu dawno nie widziałem, aczkolwiek ciekawy, jednak nie na duży ekran. Wystarczy parenaście cali monitora. Muzycznie: zeszłoroczna płyta Alice in Chains przyjemnie mnie zaskoczyła i nawet nowy pan wokalista daje radę, bo śpiewa tak jak poprzedni pan wokalista. Za jakiś czas odwiedza mnie mistrz porno-solówki i dokańczać będziemy przełomową płytę w świecie muzyki zatytułowaną Kossmoss. Wszystko to w oparach węgla do grillowania i edwardówki. Wciąż odliczam do koncertu ACCA/DACCA. Aż/tylko 49 dni. Ha! na Iron Maiden czekaliśmy 8 miesięcy, więc skreślamy .
Pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa i zmieniam miejsce zatrudnienia, oby na lepsze. A teraz mam 2 tyg urlopu, a więc czas na drobny eksperyment: ile dni wytrzymam w domu, a po ilu dniach napuchnę i wysadzę z domu z płonącymi plecami. Może w ramach eksperymentu wszelkie spostrzeżenia zamieszczę na blogasku? Kto wie.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosnka, którą dane mi będzie zobaczyć na żywo za miesiąc z hakiem, czyli Anhrax z piosenką Only.

W następnym wpisie opowiem jak smakuje patyczek do kleju wyjęty z ucha.

niedziela, 14 marca 2010

Potyczki z alternatywą

Po ponad dwutygodniowej prz...erwie związanej z zupełnym niczym (czyli standardową niemocą twórczą) i najzwyczajniej urwaniem chu... głowy w robocie postanowiłem zamieścić coś co tygryski lubią najbardziej: Potyczki z alternatywną rzeczywistością. Jak w każdej alternatywnej rzeczywistości wszyscy mieszkańcy zamieszkujący Ziemię mają bródki, nie bacząc na wiek, status oraz płeć. (I np. na zdjęciu obok widzimy alternatywnego Spocka z alternatywnej rzeczywistości w alternatywnej katanie i alternatywnej bródce. Aha... zapomniałem o alternatywnym ułożeniu brwi).
Otwieramy nasz portal do alternatywnego świata (zazwyczaj za jakimiś drzwiami od szafy, drzwiami w sklepiku zoologocznym, który stoi na dawnym indiańskim cmentarzu) i tanecznym krokiem Angusa wchodzimy doń....
W alternatywnym świecie mam bródkę i nie jem mięsa.... Wykorzystawszy 666 znaków doszedłem do sedna mojego toku rozumowania: Do czego są mi potrzebne przednie zęby? (o ile jestem bezmięsną wersją z bródką). Do przednich zębów zaliczę zęby od pierwszego do czwartego. W normalnym świecie ząbki te służą mi głównie do odgryzania kawałków najlepszego owoca świata: MIĘSA. A w alternatywie?
Być może do pięknego komponowania się z bródką, bo nie ma jak piękna bródka i uśmiech z reklamy gum orbit. Wiadomo... uśmiech jak z żurnala, czyli może mógłbym reklamować jakiś żurnal: na pewno LOGO i jakiś inny Bazar. Na zebraniu firmowym, spojrzałem na kolegę i podsunął mi on wspaniały pomysł: oddać się pasji obgryzania paznokci. Bo nic nie działa lepiej na kobiety jak obgryziony obleśnie paznokieć o długości 3mm licząc od miejsca jego wyrastania. Dylyszys. Kolejnym wykorzystaniem naszych przednich ząbków (a zwłaszcza czwórek) jest otwieranie opakowań "easy open", czyli wszystkich opakowań od żelek, czekolad marki Milka, cukierków, gumek, snikersów i marsów. No ale zaraz, przecież robię tak nawet w normalnej rzeczywistości. Mamy więc wspólny czynnik, który mógłby doprowadzić 2 przeciwne światy do zgody, pokoju i zawiązania współpracy gospodarczej. Co jeszcze? Mógłbym w nocy pięknie szczękać przednimi ząbkami, aż pewnej nocy ktoś by mi pomógł się ich pozbyć za pomocą glana. Jak zauważyliście nie otarło się przez nie ani grama mięsa. No to może moja alternatywna wersja powinna się pozbyć przednich zębów? Albo zastąpić je koronkami zbudowanymi z zębów trzonowych, nadających się pięknie do mielenia jakichś krzaków i innego zielska. Oczywiście, że NOT!
Moja alternatywna wersja musi jeść mięso! Przecież to zła alternatywna rzeczywistość. Powinienem jeść jeszcze więcej mięsa: mięso surowe, zamiast wody pić krew. Powinienem jeść tatara i wypiekać chleb złożony z mięsa, wynaleźć masło z mięsa (może smalec?).
I na zwieńczenie mych złotych myśli krótki przekaz myślowy dla jaroszy: .... Chciałbym wam pogratulować waszej głupoty.

Dyrektywy kulturalne: Przysiadłem do filmu The road (taka postapokalipsa), ale mama na czas przyszła i zabrała mi żyletki. Mega pesymistyczny i doliniarski film. Stwierdzam to po obejrzeniu 20 minut. Masakra. Coś z zupełnie innej beczki: Powoli ruszają prace nad kolejnym filmem ze stajni Gepe Prodakszyn. Aż sam się zdziwiłem, że mam taki zapał. Ruszył już sztab produkcyjny,który narazie uzbierał: jednego sztucznego dreda i paru par okularów. Scenariusz jest w około 40%, plenery są do opracowania. Aby można było nazwać ten film w miarę profesjonalny postanowiliśmy wstawić piosenki nie ściągnięte z torrenta. Będą to głównie pieśni zagrane przez znajomych (w tym mnie), oraz pewnego zespołu ze Śremu. Zgody na wykorzystanie już są. Aha, film nazywać się będzie Elektryczne Ultimatum 5!
Odbędzie się wkrótce wieczorek z GEPE, którego plan zapowiada się następująco:
Rozpoczęcie - wiadomo, ktoś musi zacząć
Projekcja 3 poprzednich filmów - dawno nie oglądałem, więc obejrzenie się przyda (a filmy wyświetlone zostaną projektorem)
Dyskusja na temat postępu w kinie - postęp w produkcji i efektach specjalnych
Zestawienie nadchodzącej produkcji z poprzednimi dziełami - a więc co można było zrobić lepiej, a co nieco gorzej.
Rozmowy na temat nadchodzącej produkcji - bo chociaż raz scenariusz mógłby zostać napisany do końca.
Zacier - wiadomo....
Chętnych zapraszam, termin ustalę.

Dziś w TV Cyganki Eduszy wesoła piosenka na wesołe czasy. Sprany teledysk, dziwny tekst. A więc: Emiliana Torrini - Jungle Drum. Jako ciekawostkę podam, że nie słyszałem tej piosenki na żywo, lecz zasłyszałem ją w aucie, wracając z pracy. Okoliczności nie sprzyjały: mega korek i upał, a piosnka skoczna. Zapraszam.

W następnym wpisie przedstawię w 3 zdaniach biografię Petera Andre.