Dzisiejszy krótszy niż zwykle wpis ma za zadanie przeanalizowanie toku myślowego człowieka umawiającego się na wódkę. Będą to 2 scenki rodzajowe, które odbyły się całkiem niedawno, gdy Zacna Ferajna stawiła się na Kujawach w komplecie (Chodząca Encyklopedia Maciej zjechał z Gorzowa Wlkp.). Kolejną przyczyną napisania tego posta jest wyrobienie normy rocznej: w zestawieniu z rokiem poprzednim mamy: 52 posty. Stan na październik 2010: 24 posty. Czyli do końca roku muszę naskrobać 28 postów... 12 na miesiąc. Damy radę. Obym nie zaczął stawiać na ilość umniejszając jakość. Nie przedłużamy, lecimy: Scenka pierwsza - miała miejsce, gdy siedziałem sobie w pracy i kombinowałem co kupimy na wieczorne chlanie: Dzwonię do Rona: - Siemasz Ron, powiedz mi co mam kupić: dwie połówki, czy litra Żołądkowej? - No nie wiem, no.. A ile wypijemy? I teraz psychologiczna analiza scenki: Litr to była stała, co do której nie było wątpliwości. Litr musiał zostać wypity (i został wypity). Jedyną różnicą było: jak zostanie podany: czy w 2 czy w jednej butelce. Z punktu widzenia Praktycznego Mateusza 2 połówki są praktyczniejsze bo jedną się pije, a druga się blanszuje w zamrażarce. Litr z kolei ma to do siebie, że się ociepla, a sam płyn traci w temperaturze pokojowej swoje zblanszowanie i kremowość. Wzięliśmy litra, a z punktu widzenia szeroko pojętego czaaasu powinniśmy wziąć 2 połówki. Scena druga - miała miejsce 3 minuty po przełomowym poprzednim dialogu, gdy zadzwoniłem do Macieja i zapytuję: - Maciek, z Ronem uzgodnione, pijemy. Kupić litra, czy krowę. - A ile to jest krowa? - Nie wiesz ile to krowa? Policz sobie... Analizując powyższy dialog można wysnuć: albo Maciek miał chwilę słabości i nie umiał policzyć ile to jest krowa wódki, albo właśnie wstał ze spania (on tak lubił), albo miał z matematyki mocne 3 na szynach. Podpowiem, że krowa to europejskie trzy-czwarte-wódki. Onegdaj było to 0,750ml, a po wprowadzeniu suchych unijnych norm jest to 0,700ml alkoholu. Podobnie po pysku dostała ćwiartka: z 0,250 zrobili 0,200ml alkoholu. Bezsens. Powyższe scenki uświadamiają nam, że gdy człowiek ma ochotę na wódkę to przysiada jego inteligencja. Zrobimy wszystko byle by usiąść wieczorem z Zacną Ferajną, smażoną z cebulką kiełbasą i kiszką, keczupem włocławskim i Żołądkową Deluks. Cóż to był za wieczór... pachniała saska kępa.
Dyrektywy kulturalne: YYYYY, ten no.... yyyy. Mogę wam opowiedzieć co we wczorajszym odcinku zrobił Doktor Grzegorz Dom, zrobił afdhwsipuhfwfhsdfasnlfskfjh. Więcej nie powiem. Aha, polecam muzykę Pantery. Pozytywnie nastraja, gdy człowiek nienastrojon.
Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka lekko hipnotyzująca, nie wiem o czym. Śpiewaliśmy ją zawsze z kolegą z akademika, gdy wracaliśmy w nocy z szalonych imprezek nad ranem. Zasłyszana onegdaj u pewnego Misia, który był Larsem Godsmacka, a który to były miś postawił mnie niedawno na nogi i udzielił nagany! To ja może napiszę co to za pieśń? Otóż: Godsmack - Voodoo. (A śpiewaliśmy to tak: bełkot, bełkot, bełkot enter maj weiejejejns, bełkot, bełkot). Zapraszam.
A w następnym kąciku Potoku myśli opowiem co człowiek zrobi, żeby zjeść kebaba z dworca we Włocławku.
(Powracając do miejsca w którym skończyłem w części pierwszej)... i poszukiwało nowych smaków piwnych, do których nadal nie przywiązywało większej wagi. Zasada była prosta: im taniej i mocniej, tym lepiej. A przypomnę, że dziecko zwane Pawłem studiowało w Poznaniu - stolicy łączenia taniego z pożytecznym. Bliskość Biedronki sprawiła, że zasmakowaliśmy ze znajomymi VIPa (pierwszego wspólnego wieczoru na studiach i jeszcze tego wieczoru dostałbym po ryju). Jak sama nazwa wskazywała (oraz przypominał o tym napis z wieczka), że VIP był piwem dla konesera, poszukującego nowych smaków i wyzwań. Ja, ja i jeszcze raz ja. Lekkie NOT! 3 Vipy i rozum oniemiewał, oniemiewały również kończyny i od czasu do czasu oniemiewało jelito grube.... albo nie.... jelito grube się rozgadywało. Jeszcze jedno piwo z Biedronki pozwoliło mi się nie raz i nie dwa teleportować z nie jednej i nie dwóch imprez: Sarmackie Mocne - kwintesencja dobrego, koneserskiego piwa - plastikowa litrowa butelka, zajebisty procentaż (z francuskiego prosentauge) alkoholowy. Ale o tym ostatnim piwie zapominamy, nie ma go. Kolejnym krokiem połączenia taniości z mocą... z odrobiną jakości było piwo Dębowe Mocne browaru Lech - było dobre, bo mocne. Do dziś nie zapomnę, jak to idąc do pokoju stłukłem na korytarzu 3 Dębce. No tak... bo wieczór z Dębowym Mocnym nazywaliśmy Dębowym Przedszkolem. Raz pewnego czasu, po pewnym męczącym wykładzie, na którym nie byliśmy, Mistrz Iluzji D. (taki kolega o pociesznej ksywie. którego chyba powinienem przeprosić) zabrał nas do knajpy, której nazwy nie znam. Nazywaliśmy ją potocznie i operacyjnie Oblechem - bo waliło, było obleśnie, ale... Było piwo Fortuna Ciemna za 3,50zł z kija. Pocieszne piwo, słodkie (ktoś kiedyś zwęszył spisek, że to piwo z kolą - NOT!) i dosyć mocne, wchodziło w przełyk jak oranżada, a trzepało jak kompot odstawiony na 4 miesiące do piwnicy w balonie. I tak mijały dni tygodnie, miesiące... Gdy nie było Fortuny, to dzieci raczyły się pospolitymi i szarymi piwami Leszkiem, Tyskiem i Rusem, wszelakimi Kalsbergami i Tatrami, Harnasiami, Żubrami, itp, itd. W domu pijało się to samo pospolite świństwo, gdy... W roku 2004 Carlsberg przejął browar Sierpc, a obleśne piwo Kasztelańskie zamieniło się w Kasztelana, tym samym poprawiając się jakościowo i smakowo 666 razy. I tak już Pawełkowi zostało - Kasztelan w domu, Fortuna w Poznaniu. Po powrocie na stałe na słoneczne kujawy Fortuna poszła w niepamięć, a pozostał jedynie Kasztelan. Rok 2008 to kolejny przełom - Kasztelan Niepasteryzowany, zwany potocznie przez Zacną Ferajnę Niepasteryzacją. Piwko o krótkim terminie ważności, super smaku i dużej mocy trzepania pomimo małego woltażu. Piwo, o zgrozo, dostępne było tylko w lato. 10 miesięcy czekania na kolejną dawkę to stanowczo za dużo czekania. W tym roku Niepasteryzacja przyjęła nową etykietę i pojawiła się w puszce. Zwęszyliśmy spisek, bo przecież browar puszkowany musi być w jakiś sposób zabezpieczony przed osiadaniem chrobotka reniferowego. Spisek, nie spisek to piwo i tak smakuje dylyszys. Pojawiła się kampania reklamowa w ogólnopolskiej TV, a jak widziałem po raz pierwszy zajawkę Niepasteryzacji w telewizorni to miałem łzy w oczach. Gdy przed koncertem Metaliki w Wawie dostaliśmy w sklepie Niepasteryzację, to padłem na pierś i całowałem ziemię mazowiecką. Hasło : Niepasteryzacja to rewelacjazostało na stałe wpisane do Wielkiej księgi przysłów Kujawskich. A co robi obecnie Paweł Gesler? Wielki smakosz piwa i dobrego gustu i smaku? Obecnie smakuję przeróżne piwa niepasteryzowane i od czasu do czasu w pijalni piw (132 różne piwa do wyboru) zamówię sobie Kasztelana Niepasteryzowanego...
Dyrektywy kulturalne: Serialowa jesień mode ON, czyli wracam z pracy i oglądam przeróżne nowe odcinki seriali i tyle. W robocie zapieprz, nie ma czasu porządnie podetrzeć nosa lamie... Jajka wróciły na miejsce, a Toruń trafia na czarną listę. Noworoczne postanowienie o głuchej białej sowie zostaje ponownie aktywowane i poszerzone o nowe dyrektywy. W piątek goście z Poznania, a nawet pani gość. Sobota, natomiast zaowocuje w pełen przestrzeni i głębi artystycznej koncert agro-grin-corowej kapeli Zachlapany Szczypior!
Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka zespołu Alicja w Łańcuchach o tytule Lesson Learned. Ciekawa, może niektórzy nazwą ją życiową, a ja nazwę ją klawą do samochodu. Zapraszam.
W następnym wpisie opowiem wam co kawał o głuchych białych sowach, z którego to kawału wywodzi się mój światopogląd.
Dzisiejszy zamykający miesiąc wpis opowie pewne historie na pewne tematy i obali pewne mity i pewne stereotypy na temat frapujący mnie od eonów: czy kierowcy BMW to na serio debile? Jak to jest, że w Polsce kierowca BMW to potencjalny prostak, posiadacz dresu z trzema paskami (zapasowy, czwarty pasek w bagażniku)? Dlaczego jak przejeżdża BMW przez wieś/osadę to słychać głośne YMC YMC YMC nabijane na tempo 145 uderzeń na minutę (oraz rozklekotane zawieszenie, dające o sobie znać na każdej dziurze)? Ale jak to, jak to, po co to? Zacznijmy od genezy mojego posta: jakieś 10 a może 15 lat temu odrzekłem: nowe BeeMki to wioska, jeżdżą nimi dekle i dresy. Prawdziwa BeeMka to 20 kilkuletni rekin... Minęło 15 lat, a ja jeżdżę nowym dwunastoletnim nie-rekinem. Odpowiedź dlaczego jeżdżę BMW jest tutaj. A teraz odpowiedzi: IQ67 - czyli samochód dla dekla i dresa. No tak się utarło, że na wioskach młodzież wozi się swoimi Bolidami Młodzieży Wiejskiej - sypiącymi się klocami z rozwalonym zawieszeniem i płytami CD podwieszonymi pod lusterkiem. Seria kawałów i anegdot: Beemka powinna być tak szeroka, żeby można było położyć zimne łokcie po obydwu stronach, jednak nie aż tak wąska, ponieważ nie zmieści się na tylniej szybie napis: Pjonier lub Elpajn... I moja ulubiona anegdota: Jak zrobić sałatkę z buraków? Wystarczy wrzucić granat do BMW... Jak pewien pan z mojej poprzedniej pracy dowiedział się, że kupuję BMW to odpowiedział z oburzeniem: BMW to samochody żołnierzy mafii. Opadła mi wówczas kopara. Co roku w Toruniu (w okolicach lipca) organizowane są zloty miłośników BMW, na których można sobie pooglądać dupeczki i przy okazji BeeMki. Na tych zlotach znajdą się zapewne posiadacze ilorazu inteligencji równego rozmiarowi mojego buta (kilka lat temu, na zlocie ziomek robiąc bączki potrącił i zabił parę osób). Pewnie znajdą się również posiadacze zacnych starych Bum, co najzwyczajniej popodziwiać nowe Bumy, popatrzeć na dupeczki i pokręcić głową na debili w dresach. ...ale jak mijają się 2 Bumy, to ich właściciele podziwiają swoje cacka, puszczają się nawzajem. na skrzyżowaniach, mówią trzynastozgłoskowcem. Czy kierowca malucha zwraca uwagę na innego malucha? Czy kierowca Opla astry podnieca się przejeżdżającym obok Opelkiem? Odpowiedź jest jak najbardziej słuszna i pewna: chyba nie... Jak to w każdej subkulturze są ludzie mądrzy i debile, myśliciele i przywódcy. Ci ostatni jako wyjątki potwierdzają normę. Nie ma się co oszukiwać: ksiądz pedofil - skandal, kompozytor pedofil - skandal, lekarz łapówkarz - norma, posiadacz BMW dres i debil - norma. Nic to, lecę wyprasować dres i zamówić naklejkę Blaupunkt na Allegro.
Dyrektywy kulturalne: Jutro wizyta w Łodzi na międzynarodowym festiwalu komiksu. Będzie festiwal i będą komiksy. Przyjedzie zapewne wiele znanych osobistości ze świata komiksu i okolic. Przy okazji należałoby odwiedzić muzeum Studia filmowego Semafor (ci od kubusia Puszapka i gejowatego pingwinka Pik-Poka). Fotorelacja i opinie przechodniów wkrótce.
Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka, pozdrowienie dla wszystkich, którzy twierdzą, że BMW to samochody żołnierzy mafii, czyli Overkill z piosenką Fuck You w wersji lajf. Zapraszam i pozdrawiam.
W następnym wpisie udowodnię, że 7 sakramentów niczym nie różni się od 7 grzechów...
Od razu się wytłumaczę za zdjęcie. Nie jest na temat, ale za to jest przeklawe. Każda wieś i osada chciałaby mieć taką drużynę. Obroniłaby nas przed złem wszelakim, a rzezimieszek odzyskał skradzione dobra. Tytuł dzisiejszego odcinka jest luźną wariacją tytułu pewnego klasycznego filmu dla dorosłych z późnych lat '70. Nie wiem, nie widziałem, za młody jestem, znam tytuł jedynie. Dzisiejszy zwariowany wpis opowie historię na moją nietolerancję na wszystko co niejadalne (czyli nie-mięso). No to: zabawna i krótka historia. Wyobraźcie sobie, że siedzimy sobie w sfinksie, jemy mięso, a Miś dodatkowo do mięsa w swoim szalonym daniu miał jeszcze makaron i potajemnie-do-otrucia-mnie-dosypane grzyby. Skubnąłem wiązkę makaronu z mięsem. Żuję, żuję, pyk, impuls... Poczułem smak grzybów. Gardło instynktownie zamknęło się na amen i nie przepuściło dalej jedzenia. Przemieliłem jedzenie i z trudem połknąłem. System anty-nie-mięsny działa poprawnie i alarmuje w kryzysowych sytuacjach. A dlaczego nie grzyby? Podobno grzyby to takie coś, co nie jest wcale, a wcale trawione przez ludzki organizm. Na nic biednym ludziom grzybki w occie, grzybki w paszczecie za 1,10zł. No i teraz taki kawał mi się przypomniał. Ostrzegam, że jest to kawał o bardzo wysokich wartościach kulturalnych: Przychodzi baba do lekarza: - Panie doktorze, jem śliwki, wysrywam śliwki; a lekarz na to: - To niech pani je gówno, to wykupczy gówno. Zamiast słowa śliwki wstawiamy grzyby i kawał staje się słuszny naukowo. A na co jeszcze działa moje zamknięte gardło? Na słynne już półprodukty: w złym miejscu użyty groszek, koperek, paprykę, jajko, sałatę... i wiele wiele innych niejadalnych w złym miejscu i czasie. To chyba koniec mojego wywodu na temat jednego z wielu systemów obronnych mojego organizmu (jest jeszcze system: pedale się nie piję tej kolejki wódki, system nie jadam tego, bo po tym mam rurę i system nie gadam z nim, bo jest debilem). A czego wy nie jadacie, a przed czym wy macie systemy obronne? Piszcie, dzwońcie, esemesujcie, wysyłajcie gołębie pocztowe...
Dyrektywy kulturalne: Sławno, niesławny film Maczeta niestety nie zachwycił. Parę scenek z trejlera, parę klasycznych z miejsca tekstów, parę par cycków ... nic poza tem.Obejrzyjcie lepiej trejler, zarówno ten stary i ten nowy. Od strony muzycznej również nic ciekawego: w radiu te same piosenki, w łinampie plejlista sprzed miesiąca. W kinie również na przemian odgrywany jest kał i stolec. Wrzesień... jesień.... po prosru kulturalne rozwolnienie. Jako, że dzisiaj dość często mówię o defekacji, to kończę post.
Dziś w TV Cyganki Eduszypiosenka, która właśnie sobie leci w łinampie, czyli Acid Drinker i jakaś pani w piosence Love Shack. Zapraszam do odsłuchu i odglądui.
A w następnym wpisie opowiem co najlepsze jest gdy na ulicy zaczepia cię pan....
Witam serdecznie wszystkie grzeczne dzieci, w lekko zapuszczonym (tak lekko zapuszczonym jak zarost Pana Kleksa) blogasku. Nie pisałem bo nie miałem o czym, a tak na serio to nie miałem czasu kiedy. Minimalne NOT! Jak widać za naszymi nieumytymi oknami, wielkimi krokami, w swoich okutych glanach kroczy powolutku Pani Jesień (zasadniczo to pani jesień, bo nie lubię jesieni), aby ostatecznie stanąć nam na klatach i zarazić katarem. W robocie już 2 osoby pociągają nosem i wycierają smarki w firmowy polar. Człowiek nie pisze nic od miesiąca, a nadal posiada dar schodzenia z tematu. No to: jesień idzie, wszyscy smarczą. A gdy robi się zimno, to co człowiek robi żeby się ogrzać? Oczywiście, że kładzie się obok pustych butelek po piwie przy drzwiach na korytarzu, mając na sobie laczki z 4 paskami (niczym Błażej ze zdjęcia- kuzyn mojego kolegi Dominika). Na serio: odstawia piwo i sięga po wódkę (np. tu). Idzie odnaleźć pewną analogię co do mojego tytułu wpisu i zdjęcia: pan Błażej żegna się z porą piwną i obok symbolizujących ów koniec pustych butelek przystaje na chwilę i popada w zadumę. Czy pamiętacie swoją przygodę z piwem? Nie mówię o tej przygodzie z wczoraj, czy z ostatniego łikendu (oj tak, łikendu, którego mgliście pamiętam), a o pierwszej przygodzie z piwem? Takim rozdziewiczeniu się butelką piwa? To będzie moja krótka historia o piwie i o tym jak się rozdziewiczałem. Wstęp do Dziadów: Bo ja swego czasu byłem niezłym plackiem i nie sięgałem po żadne nic. Szczytem ekstrawagancji i spontaniczności było kupienie paczki Lejsów w innym sklepie niż zwykle. A już szaleństwem było znalezienie w niej krążka z Gwiezdnych Wojen (i te krążki gromadziłem). Rozwinięcie: Piwa to próbowałem a to od mamy, a to od taty, a to od braty. Zawsze po posmakowaniu pytałem: jak wy możecie pić takie świństwo? (ale był ze mnie fool). W którejśtam klasie podstawówki, na obozie sportowym wypiło mi się jakieś piwo (nadal obleśne w smaku), aby nie wyjść na frajera, którym i tak zapewne byłem. Pod koniec podstawówki nastał okres przedtechnikowy, z pewnym kolegą Janem pojechaliśmy w plener (na zamek krzyżacki nieopodal) i w ramach opicia końca podstawówki kupiliśmy sobie po Wareczce Strąk ... bo podobno jest słodka i nie smakuje jak pomyje. Była słodka i nie smakowała jak pomyje, a kolega Jasiek po konsumpcji wskrobał się na wieżę ruin zamku i wybekał sławetne już: MYNTON! (pamiętacie taką reklamę myntona, co koleś krzyczy mynton?). tacy byliśmy podchmieleni i zwariowani. Następnie długo długo nic i na jakimś obozie sportowym otrzymałem Tatrę. Po łyczku nadal uważałem, że piwo to jakaś pomyłka i nasypałem do puszki od groma cukru. I tutaj materiały do następnego odcinka Pogromców Mitów: czy Tatra z cukrem się pieni? Odpowiedź we wrześniowych odcinkach, a podpowiedź już teraz: jak diabli! 67% piwa zładowało na podłodze. Rozkwit: Jakoś w trzech czwartych technikum, albo 4/5 zacząłem sięgać z kolegą po pewne bardzo tanie piwo z Reala (Pilsener i jeszcze lepszy Pilsener Strong), bo wiadomo, było tanie i jeszcze-nie-wówczas dobre. Magicznym upiększaczem i dodatkiem chemicznym E666 był sok imbirowy. Browar wchodził jak nigdy, w smaku przypominał smak plomby dentystycznej. Ehh, to były czasy, to był Pogański Obyczaj. Imałem się różnych piw w poszukiwaniu smaaku i aromaaatu. Powolutku odstawiałem sok imbirowy, zastępując go rosnącą mocą piwa. Dziecko poszło na studia i ......
koniec części 1.
Dyrektywy kulturalne: Koniec wakacji, powrót do roboty. Po urlopie już wspomnienie, (koncert Habakuka i Leniwca - YES!) smutno się robi za oknem, na siłowni reaktywacja z przyjaciółmi z siłowni. Do posłuchania polecę płytę zespołu Acid Drinkers o tytule: Fishdick Tzwei. A na niej wiele ciekawych kołwerów, np: Ring of Fire, Hit the road Jack, czy super klawe Love Shack. W kinie Niezniszczalni (porządne pranie po ryjach i obsada spod znaku Action's Eleven). Miś w słonecznej Espanii zbiera dla mnie kamyki z Jeleniej Góry... nuda.
A w TV Cyganki Eduszy zapowiedziana w dziale kulturalnym piosenka Love Shack. Oryginalnie śpiewał to The B52's, ale ta wersja jest klawsza. Zapraszam do tupania nogą do rytmu.
A w następnym wpisie dla zmyły opowiem o technice robienia szpagatu w celu odwrócenia uwagi od naszej niewiedzy.