środa, 16 marca 2011

O czym oni śpiewają, cz. 7 - Aaaaaaaaa

Dobry wieczór riebiata (to po rosyjsku dzieci). Przymierzam się do napisania kolejnego posta w celu wyrobienia miesięcznej normy już od dłuższego czasu. Co coś rano wymyślę to w pracy zapomnę. Dzisiaj stojąc w codziennym, powrotnym i powszednim korku zanuciłem pewną piosenkę z czasu studiów, którą zna pewne grono osób (w tym członkowie ŚAKFu) - grono z naszej zacnej ferajny ze studiów i zapewne wiele tęgich głów ze Śremu...
Jak to było: Blablabla płynną masą.... bełkot bełkot... w 2003 r. trafiłem na studia, zapisali mnie do pewnej zacnej grupy A3, a w niej było dwóch kolesi: Pewien Paweł i Pewien Jędrzej - pogrywali oni sobie w Pewnej Kapeli, a w zasadzie stanowili jej 2/3 i trzon. Paweł na śpiewie i basie, Jędrzej na wieśle, a na perkusji grał jakiś koleś. Z perkusistami to jest tak, że albo są debilami, albo odchodzą z zespołu, albo znikają i nie oddają kasy (jak ktoś oglądał Spinal Tap to wie o co chodzi). Zespół ten grał sobie lokalnie w Śremie (bo z tej niedoszłej stolicy Polski pochodził) i w Poznaniu. Parę razy uczęszczałem na ich koncert i miło ten czas wspominam. Muzycznie grali mocnego rocca z dużą domieszką i fascynacją Toolem. Co koncert odgrywali swój mocny materiał: 95% piosenek po angielsku oraz Pewna Piosenka po polsku. Zwała się ona Popkarlin. Pochodzenia tytułu nie znam, ale jak wiadomo: Pop to ksiądz prawosławny, a Karlin to ksywa basisty , i wokalisty (Pawła). Wielu znajomych twierdzi, że Karlin powinien zostać świętym za życia (mega dobry człowiek i świetny realizator nagrań i koncertów). Piosenka ta nijak nie pasowała do reszty utworów, ale wykładniczo wpadała w ucho. Do posłuchania TUTAJ. Zapraszam do wysłuchania... A teraz analiza jej treści:


czarna woda płynie w biel
To takie przewrotne lekko stwierdzenie. Ziemskie podejście do zdania mówi mi jedno: Chłop pracuje na oczyszczalni ścieków. Tam zdarza się cudowne przejście czarnej wody w biel...

czas ucieka nie czuję się
O tak! Miewam to co łikend (gdy nie mam dyżuru) - niesamowite uczucie, gdy budzę się rano i potrafię chuchnąć sobie smrodem po przepiciu przez zamknięte usta. Dźwig budowlany podnosi moją głowę, a jedyne co przyjmuje mój organizm to lewatywa z ziół (też tak macie z tą lewatywą?).

stoję wśród znajomych lic
stoję tu lecz nie bawi mnie nic
Miałem tak kiedyś jak się spotkaliśmy po dłuższym czasie ze znajomymi. Wiecie jak to jest: zgrana paczka, a kilka lat późnioej zupełnie nie ma o czym gadać: jedni o biznesach, inni o funtach, jeszcze inni o jakichś bzdetach.

dlaczego więc wokół mam tylko siebie
omija mnie czas i znowu jestem sam
Tu zaczyna się refren: Nie trudno się dziwić, że jest sam: bije mu z kija po przechlaniu, robi na oczyszczalni. Oj podmiocie liryczny... weź się za siebie. Z tym omijaniem nas przez czas też bywa po przechlaniu. Leżymy albo siedzimy, chcemy się za coś zabrać, jednak nijak nie można. I tak zlatuje nam sobota, i tak zlatuje nam niedziela. Bo kac nieleczony może trwać 2 dni. A leczony tydzień, albo odwrotnie...

mam tylko nadzieję że lepiej jest tam w niebie
ja nie chcę się znaleźć gdzieś wśród innych ale
gdy jestem sam
Ostatnia część refrenu, to taka zagadka słowna, której nie jestem w stanie rozgryźć. Zapewne autor nieźle się nagłowił, żeby ją ułożyć, a na okładce demówki, zawierającej ten kawałek jest jakiś drobny konkursik audiotele: "Co znaczą ostatnie 3 wersy refrenu w Popkarlinie"

stop zatrzymał mi się dzień
do snu daleko kto da mi sen
II zwrotka to kolejne narzekanie na Kaca Giganta. Podmiot zapytuje czy ktoś może mu dać coś na sen. Najlepszym sposobem na wprowadzenie się w stan śpiączki farmakologicznej to ciągłe chuchanie sobie w twarz przetrawioną wódą.

chcę odnaleźć zwykłą nić
chcę powiedzieć
pomóżcie mi
Po omacku na kacu Podmiot poszukuje najzwyklejszej nitki, zapewne w celu zacerowania cebuli na skarpecie. A zacerowane skarpety u mężczyzny świadczą o jednym: ma dziewczynę i się do niej wybiera. Więc w II zwrotce sytuacja mu się poprawia. Nawołuje on jednak o pomoc, bo nie umie sobie zacerować skarpet.

Aaaaaaaa! i refren
I tu najfajniejsza część, to słynne Aaaaaaa! Jak byliśmy nawaleni, a Karlin chwytał za pudło to się zapytywał co ma zagrać/zaśpiewać. Zawsze chóralnie odpowiadaliśmy mu: Aaaaaaaa! Bez pytania i dwóch zdań zaczynał grać Popkarlina.

Podsumowanie: Ciężko ma Podmiot Liryczny (mam nadzieję, że Karlin się z nim nie utożsamiał, bo nic nam nie mówił o pracy w oczyszczalni. Czasem się z nami napił, czasem biło mu z buzi wódą, czasem miał cebule na skarpecie i czasem miał Misia): pracuje w oczyszczalni, zalewa smutki tanią wódą i ma permanentnego kaca. Ma dziewuchę, ale małe zarobki i chlanie nie pozwalają mu na zakup nowych skarpet. Nieumiejętnie ceruje stare cebule i nawołuje o pomoc, może gitarzystę Jędrzeja?
Nie zmienia to faktu, że to kawał klawej piosenki i obowiązkowo umiem ją grać na gitarze. Zapraszam do odsłuch bo warto!

Dyrektywy kulturalne: Jutro czwartek, w pracy obiad czwartkowy, od poniedziałku Wielkie-Uruchomienie-Największej-Fabryki-Kwasu-W_Europie, a nam biednym uruchamiaczom szykuje się praca na 3 zmiany przez tydzień. Ale... od za-tydzień-piątku idę na zasłużony 2 tygodniowy urlop, a w nim: Spontaniczny Paweł jedzie na 10 dni do Francji. Dokładniej do miasta rodzinnego Żana Miszela Żara - Lyonu!! Hell Yeah! Opowiem wam jak jest po francusku Zjesz ze mną kebab z dworca? W piątek szykuje się wizyta w kinie na Jeżu Jerzym - po zachęcającym trailerze i ziomalskim teledysku czas na wizytację filmu. Opowiem kto zabił i czyim ojcem jest Lord Vader...

Dziś w TV Cyganki Eduszy zapowiedź Wielkiej Podróży i wizyty w krainie jadalnej żaby i pleśniowego sera, czyli piosnka grupy Desireless - Voyage Voyage. Jakby się przyjrzał, to ta kobiecina co śpiewa ma wąsy i lekkie rysy męskie, a może to chłop? Jabłko Adama skrzętnie skryte pod golfem? W popieprzonych latach '80 nie wiadomo było kto chłop, a kto baba.... Zapraszam do śpiewania refrenu (bo z pewną koleżanką to sobie to przed podróżą nucimy). Włajaż, włajaż, lalalala, bełkot, bełkot....

W następnym wpisie postaram się udowodnić, że coś takiego jak wegetariański kebab nie ma miejsca bytu w naszym i równoległym świecie.

czwartek, 3 marca 2011

Czwartkowe tradycje

Czas zapoczątkować kolejny miesiąc przy użyciu kolejnego, przepełnionego optymizmem i dobrą radą szalonego wpisu. Za oknami nieśmiało wygląda wiosna (bardzo, bardzo nieśmiało), ceny paliw osiągają kolejne rekordy, a dzisiaj mamy czwartek. Bo nie jest to zwykły czwartek - to tłusty czwartek (z jęz. niemieckiego Fetten Donnerstag). Dzień w którym nie liczymy kalorii (magia świąt) i wpieprzamy ile wlezie niezdrowego i tłustego żarcia. Ja tu się rozwodzę o diecie 1000000 kalorii, a chciałem opowiedzieć o czymś zupełnie innym... Aha.. co do obrazka: powoli budzi się we mnie Syndrom Królika Wielkanocnego, więc nawet w pączkach widzę sprośności.
Powracając do myśli przewodniej posta: należy się cofnąć do 18 wieku, w którym to wieku na Dworze króla Stanisława Augusta spotykali się aaartyści, myśliciele i inne tęgie głowy. Spotkania te nazwano obiadami czwartkowymi. Następnie mamy ponad 200 lat ciszy i nieobecności Czwartkowych Tradycji. Aż pewnego czwartkowego wieczoru, w Poznaniu, w akademiku nr 4 Politechniki Poznańskiej kilka umysłów ścisłych umówiło się na wódkę. Ja też tam byłem, lecz niewiele pamiętam, pewnie było zbyt epicko, aby mój prosty umysł ścisły mógł ogarnąć tak wielką wielowątkowość imprezy. Wydaję mi się, że uczestnicy tej imprezy powinni się spotkać jeszcze raz i powtórzyć ją scena po scenie (zwłaszcza Człowiek Imprezka, który na starcie wypił 3 VIPy i następnie wyrzygał ich 5 i poległ na wersalce do miski przytulon). Aż nie wiem co dalej pisać, bo za każdym razem jak pomyślę o tym wieczorze, to się głupio uśmiecham. Ale: Następnego dnia, pewien kolega, zwany Mistrzem Iluzji (bo w kulminacyjnych momentach imprezy znikał gdzieś na rzyganie) odrzekł do mnie: Wujku Samo Zło (bo tak na mnie wołał), kiedy następny Obiad Czwartkowy? I jakby wywróżył, bo następny obiad czwartkowy był za tydzień w czwartek. A na nim? Gril, świeżourobiony spiryt ze Sprajtem i moja dwugodzinna drzemka ryjem w kocu. Podobno z moich pleców osoby trzecie urządziły sobie stół. Mistrz Iluzji znowu zniknął, a ja jak sięgam pamięcią do tego wydarzenia to nie chcę go puścić... Czas mijał, Obiady Czwartkowe odbywały się coraz rzadziej - paczka się rozpadła (jedni gonili za funtami, inni za złotówkami, inni się zakochali po uszy), ale niesamowite wspomnienie zostało. Czemu to nie był piątek? Nie wiem.. ale zazwyczaj w piątki o tej porze siedziałem w pociągu i dyskretnie udawałem się na Kujawy. Mogę wam powiedzieć, że żadna poniedziałkowa, wtorkowa, środowa, piątkowa, sobotnia czy niedzielna impreza nie prześcignęła rozmachem obiadów czwartkowych... Jesteśmy tradycjonalistami, wiernymi historii.
Po 5 latach niebytu idea Obiadów Czwartkowych zaczęła się odradzać. - początkowo niewinnie - od zamówienia podczas pracy kebaba z Guliwera. A potem co czwartek jakieś jedzonko dowożone z przeróżnych knajp (ostatnio dominuje chiński KantonoPonton). Nie ma już litrów alkoholu, nie ma zbiorowej amnezji, ale jest dobra atmosfera i kupa śmiechu. Po każdym czwartkowym posiłku załączamy stoper: kogo pierwszego zapiecze po raz drugi posiłek... Moglibyśmy jeszcze załączać termometr: do jakiej temperatury pierwszy nagrzeje deskę w kiblu.
Pewnego razu, pewnego Czwartkowego Obiadu, gdy radośnie zajadaliśmy się chińczykiem do pokoju wszedł pewien dyrektor i zapytuje: A co wy tam jecie? A my mu na to: Obiady czwartkowe...Wywalił oczy i się uśmiał.... a teraz lecę, bo Ciocia Agnieszka uszykowała zacnego grzańca.

Dyrektywy kulturalne: Urządziłem sobie w tym tygodniu Oskarowy Maraton: wymęczyłem Człowiek który chciał zostać królem i od kilku dni zasypiam jak dziecko przy Prawdziwym męstwu. Na podglądzie przejrzałem Czarnego Łabędzia i zobaczyłem obleśne stopy Natalki. Fee. Muzycznie polecę wam płytę brytyjskich metali Judas Priest pt. ram it Down. Niezły wykop i czadowy kołwer szlagieru Czaja Berryego.

Dziś w TV Cyganki Eduszy (jak łatwo się było domyśleć) kołwer omówiony 2 linijki wyżej. No to: Judas Priest - Johnny be goode. Rakietka od tenisa w dłoń i biegamy po pokoju!

A w następnym wpisie opowiem jak jest po francusku Napijesz się ze mną Kasztelana Niepasteryzowanego?

poniedziałek, 21 lutego 2011

Droga Bermudzka

Dobry wieczór - odrzekł chwiejnym tonem Kamil Durczok w pewnym programie TVN24. Dzisiejszy post opowiem o pewnym zdarzeniu, które dzieje się za każdym razem gdy wychodzę w sobotę nocą przed bramę i skręcam w prawo...
dygresja Możecie już odsapnąć, bo post nie będzie opowiadał o moich przeżyciach i przemyśleniach po obejrzeniu filmu Droga (plakat obok). Bo film był tak doliniarski, że zgasiłem go po 20 minutach. Zresztą, gdyby była to recka filmu, to tytuł posta zaczynałby się od skrótu: ŚAKF, czyli Śremski Akademicki Kącik Filmowy. Zapewne w TV Cyganki Eduszy po tak smutnej recenzji tak doliniarskiego filmu znalazłby się teledysk Velvet Revolver - Falling to Peaces. po dygresji

... skręcam w prawo i .... budzę się rano w pościeli z bolącą głową, a ratunkiem na bóle są: multiwitamina i Ibupromik, Pawulonem potocznie zwany. W minioną niedzielę wstałem z wyra, zażyłem zestaw McKac i starałem sobie przypomnieć do czego mógł służyć mi przydrożny biały słupek, który znalazłem w garażu? A po co mi kolejne 2 słupki stojące przed bramą? Odpowiedzią na wszelkie męczące mnie pytania był kompan w zbrodni Ron i współkompan Maciej.
Już 3 raz przytrafia mi się takie coś, że nic nie pamiętam, gdy wychodzę z domu i skręcam w prawo na stację paliw po Niepasteryzację/wódkę. Może to jakaś żyła Uranu, która przebiega wzdłuż chodnika działa na moją niepamięć? A może to, że za każdym razem jak skręcam w prawo jestem nawalony jak szpadel. Z drogi pamiętam tylko migawki: jak onegdaj Ron pił flaszkę z gwinta pod szkołą; jak mistrz porno-sola Jędrek wpadł do rowu melioracyjnego; jak robiłem salto w śnieg, a śniegu wcale nie było; jak przejeżdżała policja, a nasze zacne trio robiło salto w zaspę. Cechą wspólną każdego z przebłysku jest Kasztelan Niepasteryzowany trzymany przeze mnie w prawym ręku i zajebista frajda i ubaw.
Czemu następnego dnia musimy usiąść razem we trójkę i złożyć do kupy wszystkie nasze przebłyski? Poskładać metr po metrze 2km drogi? Więcej w dzisiejszym wpisie znaków zapytania i pytań bez odpowiedzi niż jakichś sensownych treści... Zaczyna mnie niepokoić fakt, że na serio nie umiemy się bawić bez alkoholu. E tam!

Dyrektywy kulturalne: Film Ed Wood Tima Burtona to klawy film, a obejrzany zaraz po tym Sok z Żuka to wspaniały tandem. Muzycznie łinamp podpowiada mi muzyki z filmów Johna Carpentera - takie antisze elektronisze, a ja lubię Antisze Elektronisze. Pewna koleżanka nazwała mnie pan Patyk (pewnie po sobotnim incydencie). Kurde, mam ostatnio same budowlano-inżynieryjne przezwiska: Pan Rura, Pan Patyk, dawno dawno temu: Jeb*ny kabel. Same techniczne nazwy.

Dziś w TV Cyganki Eduszy pocieszna piosenka, która nie raz i nie dwa leciała na imprezie w pokoju 112 w akademiku w Poznaniu. No to : Ramones - Spiderman. Zapraszam do tupania nogą i odliczania wraz z basistą 1..2..3..4!

W następnym wpisie opowiem wam o pomyśle na nowy film pod tytułem Ninja Syndykat Śmierci.

wtorek, 15 lutego 2011

Męsko-żeńskie konsorcjum

Na wejście poproszę was o powiększenie zdjęcia i odnalezienie w nim nie pasującego szczegółu. O tym właśnie detalu będzie dzisiejszy wpisik (czyli o macaniu dziewczyn po tyłkach. YES!). Niestety NOT! Dzisiejszy post postara się sprecyzować pojęcie kiedy to nie jest zdrada? Temat jest na czasie, ponieważ wczoraj były Walentynki, a podobno dwudziestego-któregoś lutego jest światowy dzień masturbacji. Aha, jeszcze na wejście piosenka o dniu wczorajszym, na melodię Morskich Opowieści:
Po Walentynkach już wspomnienie,
Na koszuli mej lalalala...
Skąd się wzięła wydzielina?
Pojęcia ja ni mam...
Powracając do zagubionego wątku: W minione wakacje, orząc po 10 godzin w robocie, podczas uruchomienia Największej-W-Europie-Fabryce-Produkującej-Niedozapamiętanianazwy-Kwas, usiedliśmy sobie podczas przerwy przy stole i zaczęliśmy dywagować na temat pojęcia: Kiedy to nie jest zdrada? Kiedy nam się upiecze? Po kilkunastominutowych przepychankach słownych odnaleźliśmy 3 złote metody-niezdrado-zdrady.
Metoda Pierwsza - tylko czubek
- troszku przewrotnie to zabrzmi, ale ktoś z naszej ósemki rzucił hasło, że jak włoży się tylko czubek ptaszka, to się nie liczy. Wszyscy uznali to za taką abstrakcję, że aż załączyliśmy to do listy.
Metoda Druga - sygnał przed i po - właśnie ściągamy spodnie, mokasyny i skarpety (może w innej kolejności) przed kobietą, która o dziwo nie jest naszym misiem, ale o naszym misiu myślimy wciąż. Łapiemy za telefon i puszczamy misiowi sygnał (zwany w Łodzi Bidulem). Po prokreacji ponownie: Bidul do misia, bo przecież wciąż o nim myślimy, a prokreacja była wynikiem samczej potrzeby podtrzymania gatunku.
Metoda trzecia - delegacja - jest takie stare kujawskie porzekadło: Delegacja, delegacja, kto nie pije ten kanalia! Podmieniając słowo pije słowem zdradza otrzymamy kolejne porzekadło, które jako porzekadło ludowe jest prawdą - człowiek daleko od domu, a Syndrom Królika Wielkanocnego (definicja TU) mu doskwiera... Jedyną metodą jest zdrada, która to na delegacji nie jest zdradą. Jasne co? Ostatnia teoria zatoczyła pełne koło i sama się uzupełnia.
A jaka jest über-nie-zdrada? Łączymy wszystkie 3 powyższe metody, czyli: wyjeżdżamy na delegację z roboty, puszczamy misiowi Bidula i wsadzamy tylko czubek. To musi się udać! NOT!

Zaraz po zdefiniowaniu tych 3 definicji odstępstw od zdrady pewnemu koledze ktoś puścił sygnał... Cisza, cisza, a on na to: Kto to mi tu sygnały puszcza? Patrzy na telefon... Żona.. Wszystkie chłopy od razu się zaczęły chichrać, a posiadacz sygnału od żony wyleciał sprintem z pokoju.
Ale tak na serio: zdrada jest zła i basta! Kto raz zdradził, zapewne zdradzi ponownie. Wierzcie mi! Mawia się: Zdradziła Adriana z kimś. Byłem kiedyś tym "z kimś" było miło, do czasu...

Dyrekywy kulturalne: W Walentynki urządziłem sobie półmaraton brytyjskiego kina proletariackiego, bo znam tylko 2 filmy z tego gatunku: Orkiestra i Goło i Wesoło. Obejrzałem ten drugi i jest klawy, acz obrzydliwie brytyjsko proletariacki! Muzycznie polecę wam płytę Overkill - Under The Influence. Jak klawy tytuł płyty, tak klawe jej wnętrze.

Dziś w TV Cyganki Eduszy walentynkowy żyłopodcinacz - ultrasmutna piosenka, acz miła melodyja w niej. Goo Goo Dolls - Iris (lajf, bo fajniejszy przytup). Sam linkt, bo coś JuTub nie da zamieścić. Klikamy TUTAJ i podcinamy tętnice.

W następnym wpisie opowiem wam jak przy użyciu banknota 10 Funtowego (pozdro Koza!) skrócimy czas dojazdu do pracy.

wtorek, 8 lutego 2011

John The Gypsy - część druga

Dzień dobry wieczór odrzekł stary bosman, który przespał całą imprezę w szafie odzian w sam płaszcz, po którego zapięciu zazwyczaj się klnie szpetnie. Bezobrazkowość posta i jego tytuł świadczą o tym, że będzie on zawierał kolejny nieopublikowany i nieprzeczytany fragment książki Daniellle Steel pod tytułem John The Gypsy. Dzisiaj mój ulubiony fragment rozdziału 5. Lecimy!

Rozdział 5 - piosenka
Drzwi od pokoju akademika bractwa KappaKappaKappa otworzyły się gwałtownie. Wszedł do niego John, rzucił plecak US-Navy obszyty wieloma naszywkami z nazwami znanych heavy-metalowych, amerykańskich zespołów na łóżko. Trajektoria lotu plecaka wskazywała na to, że w 98% szans upadnie on na łóżko. Na nieszczęście plecaka, spadł on na podłogę, której czystość pozostawiała wiele do życzenia. Przy tej podłodze podłoga na dworcu może robić za podłogę w laboratoriach Intela. John widząc fiasko rzutu zaklął szpetnie w duchu ("shit") i kątem oka spojrzał na elektroniczny zegar, który przypominał mu o Alice. Zegar ów wskazywał 10:10 - tak bliską Johnowi godzinę. Tylko przypominał, bo John nie był już z Alice... Gdy plecak dotykał w 75% podłogę do pokoju wtoczyli się Bill (jego współlokator) i Frank Goatzky (zwany potocznie Goat). Bill za niedługi czas obchodził drugą rocznicę związku z Rebbecą. Usiadł przy stole i starał się nie przykleić do brudu na blacie. Za nim Frank zamknął drzwi i swoim plecakiem powtórzył sukces plecaka John'a.
- Panowie, mamy jeszcze 30 minut do wykładów z doktorem Petem Jones'em. Przecież wiecie jak on nie lubi, gdy ktoś spóźnia się na jego zajęcia. - odrzekł stanowczo Bill.
- Chłopaki przyszedłem do was zupełnie bezinteresownie. Dawno was nie widziałem.. - odrzekł z fałszywym uśmiechem Goat, po czym wyjął z plecaka kilka czystych płyt DVD - i chciałbym nagrać trochę filmów...
- Jak zwykle bezinteresownie Goat!? - Odpowiedział pytając Bill - Nie mamy czasu, musimy iść na zajęcia.
- No dobra, nagram kilka płyt i możemy napić się piwa - zaproponował Goat
- Wiesz co Goat? Jesteś Amerykańskim Ojcem Bezinteresowności. - dorzucił John , nachylając się po plecak - Widzę Cię zawsze w naszym pokoju jak chcesz wypalić płyty lub gdy przychodzisz po otwieracz do piwa.
- Ale przecież Miller Lite ma kapsel z gwintem... - dopowiedział Bill
- Nie wtrącaj się Bill, rzecz w tym.. a zresztą, wszyscy wiemy, że wkrótce masz drugą rocznicę z Rebbecą. Tą samą Rebbecą, której wywróżyłem wasz związek. Wiemy również, że jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi i wszystkim tego życzysz.
- Yyyyyy... Piwa? - Zapytał Bill
W tej samej chwili gdy znak zapytania z wypowiedzianego zdania Billa zawisł w powietrzu otworzyły się drzwi do pokoju. Stanął w nich Andy Veneece, zwany potocznie Andym. Andy pochodził z Teksasu i grał na raz w 3 kapelach coutry. Trójka chłopaków spojrzała na niego i jakby za porozumieniem kiwnęli w jego stronę głowami. Andy bez słowa podszedł do lodówki i wyciągnął chleb tostowy, pociętą mortadelę i keczup i zaczął sobie szykować kanapki.
- Widzę Andy, że zapukałeś do pokoju po teksańsku. - powiedział John
- A jak to jest? - zapytał Goat.
- Najpierw wchodzisz, a potem pukasz. - odpowiedział Bill
Andy sięgał właśnie po słoik keczupu. Spojrzał na etykietę i odrzekł:
- Jeah! Keczup z New Hampshire - najlepszy keczup w całych Stanach...
Minęło 15 minut, chłopakom wyszedł kompletnie z głowy wykład u doktora Pete'a Jones'a. Przymierzali się właśnie do rozpoczęcia drugiego piwa. Goat siedział przy laptopie Billa i zupełnie bezinteresownie nagrywał piątą płytę amerykańskich filmów.
- Trzeci Miller Lite o pojemności 0,33 litra i padnę. Będziecie musieli mnie wsadzić w taksówkę. - z niepokojem odpowiedział Andy - A propos trzeciego piwa, Johnny pożycz mi dwa dolary na trzecie piwo.
- Bez komentarza - odrzekł John.
Obrotowe, skórzane, biurowe krzesło przy którym siedział Goat zaskrzypiało. Frank Goatzky oderwał się od hipnotycznego nagrywania płyt i rzucił chłopakom zagadkę:
- Wiecie jakiej piosenki bym posłuchał? Cały czas chodzi mi po głowie.
- Weź go do buzi Jacka Skubikovskyego. - odpowiedział John sącząc już trzeciego browara.
- Skąd wiedziałeś?... To polska piosenka, którą nucił mi mój wujek z Poland....? - dukał zatkany Frank.
John wzruszył ramionami...
- Druga wróżba. - dorzucił Bill - Jak powiedziała ci onegdaj pewna węgierska cyganka: trzy wróżby i nastąpi koniec świata... Musisz się pilnować!

Dyrektywy kulturalne:
Niedzielny koncert Gulden Life dał bardzo radę. Przesunięcie w fazie spowodowało, że pojechaliśmy na niego w sobotę. Zapewne pan we Włocławskim Domu Kultury anegdotę o szóstce idiotów szukających niedzielnego koncertu opowiadać będzie swoim wnukom. A w sobotę po koncercie, którego nie było maraton w Alko-Lego i ... nie pamiętam. Dziś polecę film: Topór 2. Równie dobry jak część pierwsza - flaki, cycki, sporo śmiechu i większa dawka Tonnyego Todda. Yeah!

Dziś w TV Cyganki Eduszy przeklawa piosenka, która zakańcza film Topór 2. A więc imitacje gitar w postaci rakietek do tenisa w dłoń i gramy!: Overkill - Old School!

W następnym wpisie pokażę sposób na wulkanizację kół samochodowych przy użyciu miski wody i starej rowerowej dętki.