Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka jest dobra na wszystko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piosenka jest dobra na wszystko. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2011

O czym oni śpiewają, cz. 7 - Aaaaaaaaa

Dobry wieczór riebiata (to po rosyjsku dzieci). Przymierzam się do napisania kolejnego posta w celu wyrobienia miesięcznej normy już od dłuższego czasu. Co coś rano wymyślę to w pracy zapomnę. Dzisiaj stojąc w codziennym, powrotnym i powszednim korku zanuciłem pewną piosenkę z czasu studiów, którą zna pewne grono osób (w tym członkowie ŚAKFu) - grono z naszej zacnej ferajny ze studiów i zapewne wiele tęgich głów ze Śremu...
Jak to było: Blablabla płynną masą.... bełkot bełkot... w 2003 r. trafiłem na studia, zapisali mnie do pewnej zacnej grupy A3, a w niej było dwóch kolesi: Pewien Paweł i Pewien Jędrzej - pogrywali oni sobie w Pewnej Kapeli, a w zasadzie stanowili jej 2/3 i trzon. Paweł na śpiewie i basie, Jędrzej na wieśle, a na perkusji grał jakiś koleś. Z perkusistami to jest tak, że albo są debilami, albo odchodzą z zespołu, albo znikają i nie oddają kasy (jak ktoś oglądał Spinal Tap to wie o co chodzi). Zespół ten grał sobie lokalnie w Śremie (bo z tej niedoszłej stolicy Polski pochodził) i w Poznaniu. Parę razy uczęszczałem na ich koncert i miło ten czas wspominam. Muzycznie grali mocnego rocca z dużą domieszką i fascynacją Toolem. Co koncert odgrywali swój mocny materiał: 95% piosenek po angielsku oraz Pewna Piosenka po polsku. Zwała się ona Popkarlin. Pochodzenia tytułu nie znam, ale jak wiadomo: Pop to ksiądz prawosławny, a Karlin to ksywa basisty , i wokalisty (Pawła). Wielu znajomych twierdzi, że Karlin powinien zostać świętym za życia (mega dobry człowiek i świetny realizator nagrań i koncertów). Piosenka ta nijak nie pasowała do reszty utworów, ale wykładniczo wpadała w ucho. Do posłuchania TUTAJ. Zapraszam do wysłuchania... A teraz analiza jej treści:


czarna woda płynie w biel
To takie przewrotne lekko stwierdzenie. Ziemskie podejście do zdania mówi mi jedno: Chłop pracuje na oczyszczalni ścieków. Tam zdarza się cudowne przejście czarnej wody w biel...

czas ucieka nie czuję się
O tak! Miewam to co łikend (gdy nie mam dyżuru) - niesamowite uczucie, gdy budzę się rano i potrafię chuchnąć sobie smrodem po przepiciu przez zamknięte usta. Dźwig budowlany podnosi moją głowę, a jedyne co przyjmuje mój organizm to lewatywa z ziół (też tak macie z tą lewatywą?).

stoję wśród znajomych lic
stoję tu lecz nie bawi mnie nic
Miałem tak kiedyś jak się spotkaliśmy po dłuższym czasie ze znajomymi. Wiecie jak to jest: zgrana paczka, a kilka lat późnioej zupełnie nie ma o czym gadać: jedni o biznesach, inni o funtach, jeszcze inni o jakichś bzdetach.

dlaczego więc wokół mam tylko siebie
omija mnie czas i znowu jestem sam
Tu zaczyna się refren: Nie trudno się dziwić, że jest sam: bije mu z kija po przechlaniu, robi na oczyszczalni. Oj podmiocie liryczny... weź się za siebie. Z tym omijaniem nas przez czas też bywa po przechlaniu. Leżymy albo siedzimy, chcemy się za coś zabrać, jednak nijak nie można. I tak zlatuje nam sobota, i tak zlatuje nam niedziela. Bo kac nieleczony może trwać 2 dni. A leczony tydzień, albo odwrotnie...

mam tylko nadzieję że lepiej jest tam w niebie
ja nie chcę się znaleźć gdzieś wśród innych ale
gdy jestem sam
Ostatnia część refrenu, to taka zagadka słowna, której nie jestem w stanie rozgryźć. Zapewne autor nieźle się nagłowił, żeby ją ułożyć, a na okładce demówki, zawierającej ten kawałek jest jakiś drobny konkursik audiotele: "Co znaczą ostatnie 3 wersy refrenu w Popkarlinie"

stop zatrzymał mi się dzień
do snu daleko kto da mi sen
II zwrotka to kolejne narzekanie na Kaca Giganta. Podmiot zapytuje czy ktoś może mu dać coś na sen. Najlepszym sposobem na wprowadzenie się w stan śpiączki farmakologicznej to ciągłe chuchanie sobie w twarz przetrawioną wódą.

chcę odnaleźć zwykłą nić
chcę powiedzieć
pomóżcie mi
Po omacku na kacu Podmiot poszukuje najzwyklejszej nitki, zapewne w celu zacerowania cebuli na skarpecie. A zacerowane skarpety u mężczyzny świadczą o jednym: ma dziewczynę i się do niej wybiera. Więc w II zwrotce sytuacja mu się poprawia. Nawołuje on jednak o pomoc, bo nie umie sobie zacerować skarpet.

Aaaaaaaa! i refren
I tu najfajniejsza część, to słynne Aaaaaaa! Jak byliśmy nawaleni, a Karlin chwytał za pudło to się zapytywał co ma zagrać/zaśpiewać. Zawsze chóralnie odpowiadaliśmy mu: Aaaaaaaa! Bez pytania i dwóch zdań zaczynał grać Popkarlina.

Podsumowanie: Ciężko ma Podmiot Liryczny (mam nadzieję, że Karlin się z nim nie utożsamiał, bo nic nam nie mówił o pracy w oczyszczalni. Czasem się z nami napił, czasem biło mu z buzi wódą, czasem miał cebule na skarpecie i czasem miał Misia): pracuje w oczyszczalni, zalewa smutki tanią wódą i ma permanentnego kaca. Ma dziewuchę, ale małe zarobki i chlanie nie pozwalają mu na zakup nowych skarpet. Nieumiejętnie ceruje stare cebule i nawołuje o pomoc, może gitarzystę Jędrzeja?
Nie zmienia to faktu, że to kawał klawej piosenki i obowiązkowo umiem ją grać na gitarze. Zapraszam do odsłuch bo warto!

Dyrektywy kulturalne: Jutro czwartek, w pracy obiad czwartkowy, od poniedziałku Wielkie-Uruchomienie-Największej-Fabryki-Kwasu-W_Europie, a nam biednym uruchamiaczom szykuje się praca na 3 zmiany przez tydzień. Ale... od za-tydzień-piątku idę na zasłużony 2 tygodniowy urlop, a w nim: Spontaniczny Paweł jedzie na 10 dni do Francji. Dokładniej do miasta rodzinnego Żana Miszela Żara - Lyonu!! Hell Yeah! Opowiem wam jak jest po francusku Zjesz ze mną kebab z dworca? W piątek szykuje się wizyta w kinie na Jeżu Jerzym - po zachęcającym trailerze i ziomalskim teledysku czas na wizytację filmu. Opowiem kto zabił i czyim ojcem jest Lord Vader...

Dziś w TV Cyganki Eduszy zapowiedź Wielkiej Podróży i wizyty w krainie jadalnej żaby i pleśniowego sera, czyli piosnka grupy Desireless - Voyage Voyage. Jakby się przyjrzał, to ta kobiecina co śpiewa ma wąsy i lekkie rysy męskie, a może to chłop? Jabłko Adama skrzętnie skryte pod golfem? W popieprzonych latach '80 nie wiadomo było kto chłop, a kto baba.... Zapraszam do śpiewania refrenu (bo z pewną koleżanką to sobie to przed podróżą nucimy). Włajaż, włajaż, lalalala, bełkot, bełkot....

W następnym wpisie postaram się udowodnić, że coś takiego jak wegetariański kebab nie ma miejsca bytu w naszym i równoległym świecie.

niedziela, 19 grudnia 2010

O czym oni śpiewają cz. 6 - Płacz nad rozlanym mlekiem

Witam serdecznie grzecznych licealistów i gimnazjalistów. Rok 2010 prawie za nami, a jak powszechnie wiadomo 10+656 daje nam 666, czyli liczbę szatana. Prosta kalkulacja każdego fana radia Maryja i wychodzi nam oczywiście, że rok 2010 był rokiem Szatana. A nadchodzący 2011? Wiadomo: 11+655=666. Mamy przesrane. Skoro rok szatana, to postanowiłem w (porządnie zakurzonym) kąciku O czym oni śpiewają wstawić klasyczną balladę podobno-satanicznego zespołu KAT. Piosnka zwie się Łza dla cieniów minionych i pomimo jej krótkości jest klawa. Tak klawa, że aż smutna. W dziale tym rozpatrywałem dysgrafię tekściarzy, jednak pan Kostrzewski z KATa urzekł mnie swoją twórczością, ponieważ ubrał dysgrafię w tak piękne słowa, że aż nie wiem co powiedzieć. A skoro mówić nie ma o czym, to możecie mi naskoczyć. Oczywiście żart (niskich lotów), lecimy z pod-tekstem:
Na dnie sarkofagu noc, czarna suknia
Rozrzucam korale wspomnień

Podm. liryczny ukradkiem spogląda do sarkofagu i widzi przysłowiowego wuja. Ciemność i noc spowiła cmentarz. Podmiot najwidoczniej szuka czegoś, bo jak to ładnie opisał w drugim wersie: rozrzuca korale wspomnień. Ja też często rozrzucam korale wspomnień o tym co zapomniałem zrobić (bo ja mam bardzo dobrą pamięć, ale za to bardzo krótką). Gdybym za każdy koral dostawał 50gr... byłbym milionerem.

Wtulona we włosów płaszcz, wonna rodnią swą
Teraz okryta snem

Ten z włosów płaszcz mnie troszkę zmylił, ale jak wiadomo futro owcy to też włosy, więc chodzi tu o coś w wełnianym płaszczu - kluczyki do samochodu; otulonego snem - być może wyłączony telefon? Jeszcze jedno: co to jest rodnia?...

Na wpół lodowata dłoń, zimne twe usta
A jeszcze nie dawno ogień tlił
Pamiętam rozkoszny wiatr, masztem gnący sztorm
Daję ci moją łzę

W następnych 4 wersach mamy połączenie przeszłości z teraźniejszością. Autor wspomina jak to onegdaj pływał pod żaglami, jak to mu sztorm przeginał maszt, jak to dostawał w szczękę z bomu. I swego czasu na Mazury jeździł z lubą, która sądząc po ogniu robiła mu w nocy niezłe wygibasy. A teraz? Teraz podmiot stanął pod wiatr i mu się uroniło łzę jednym okiem. Bo dziewczyny pamiętajcie: jak chłop płacze, to znaczy, że coś mu wpadło do oka lub stanął pod wiatr.

Okręt mój płynie dalej, gdzieś tam
Serce choć popękane, chce bić

Niedobrze, skradziono łajbę podmiotu, pływa ona sobie pod przebitymi numerami i zmienioną nazwą, rodzi się żal, a serducho dopadła arytmia. Ale jak powszechnie mawia się na kujawach: Będzie dobrze!
Nie ma cię i nie było, jest noc
Nie ma mnie i nie było jest dzień.

Nie wiem, nie wiem i jeszcze raz nie wiem jak to interpretować, ale ostatnie dwa wersy są przeklawe.

Podsumowując Łza dla cieniów minionych to piosenka o nastawieniu typowo pesymistycznym. Autor nałykał się grzybków i biega po cmentarzu w poszukiwaniu zagubionej rzeczy w płaszczu. Nagle orientuje się, że skradziono mu łajbę, a jego misia dawno już z nim nie ma. Pewnie uciekła z porywaczem łódki i teraz jemu robi wygibasy w nocy... a żeby było śmieszniej jest noc...
Piosenka obowiązkowa dla każdego początkującego metala-gitarzysty-posiadającego 10 letnią gitarę Defil z 15 letnimi niezmienianymi strunami. Onegdaj nasze imprezy kończyły się pijanymi próbami odegrania tego szlagieru. Zazwyczaj krzyczałem do kumpla: Władziu, zaintonuj "jak lodowata dłoń". Każdy wiedział o co chodzi. A jak ktoś po imprezie nie spał pod kocem to miał lodowatą dłoń i zimne usta. Na bank!

Dyrektywy kulturalne: Yyyyy... koncert Iron Maiden za pół roku? Czas podsumować rok szatana 2010? Czas wywróżyć z fusów po drinku typu ":D" co przyniesie nadchodzący rok szatana 2011? Ale to w następnym wpisie, lub za następnym wpisie. Aha... koniec zapieprzania jak zombiak po 20h w robocie. Rozpoczął się 8h tryb pracy, że tak powiem 8h tryb pracy - mode on! Fuck Yeah! Będę miał więcej czasu na jego tracenie. Rozpoczyna się sezon paczek świątecznym, a w nich najsmaczniejsze pomarańcze w roku. A pomarańcza jest nieodłącznym składnikiem drinka typu :D (to nie jest buźka... to jest typ drinka!). Jeszcze tylko upiekę sławetne mafinki, albo sławetniejszy dwukeks. Ktoś chętny na WKK, czyli Wieczorny Kącik Konesera? Jeszcze jedno: do tej pory nie słyszałem nigdzie Last kłysmas w wykonaniu zespołu Łam. Pewnie wykrakałem i jutro piosenka zawieruszy mi się na płycie z dyskografią In Flames, której słucham jeżdżąc do roboty...

Dziś w TV Cyganki Eduszy lekko przewrotnie piosenka nie z posta. Piosenka dla każdego metala uczącego się grać na wieśle, posiadacza 10 letniego Defila. Rage against the machine - Bulls on Parade. Wierzcie mi, też kiedyś byłem metalem i pożyczałem 10 letniego Defila starając się na nim naśladować ła ła ła ła ze wstępu piosenki. Defile w dłoń i gramy: ła ła ła ła....

W następnym wpisie opowiem co wsadziłem do bożonarodzeniowej święconki z którą udam się do kościoła. Nie pomyliłem czasem świąt?

piątek, 28 maja 2010

28 dni później i jeden dzień po Wielkiej Erekcji

28 dni później... No właśnie. Możnaby wypełnić wymagania podatników i prenumeratorów i zamieścić jakiś szalony wpisik. Bardzo proszę: Tematów do zamieszczania jest kilka bądź kilka plus 2. Oczywiście najważniejszym tematem jest wczorajszy koncert AKA DAKA, na który miałem zaszczyt pójść z Zacną Ferajną. Najsamwpierw (mówiąc z kujawska) należałoby wyjaśnić termin Wielka Erekca. Termin ten powstał kiedy to 2 lata temu pojechaliśmy do Stolycy na koncert Iron Maiden. Bilety mieliśmy 7 miesięcy przed koncertem, więc na odliczanie do koncertu musieliśmy zużyć 7 kalendarzy adwentowych z czekoladkami (ile to rur było...). Tydzień przed koncertem, przy butelce wyśmienitej niepasteryzacji powstało stwierdzenie Na koncert pójdziemy na pełnym wzwodzie. I taka była prawda. Na samym początku koncertu (piosenka Aces High) podarłem pisiorem bokserki. I teraz już wiecie drogie dzieci co oznacza ten termin. Wynaleźliśmy jeszcze urządzenie do mierzenia wielkiej erekcji, zwane Wzwodomierzem. Ale jak wiadomo najlepiej wzwodomierzem posługują się panie...

Wycieczka do Warszawy to przygoda i jak każda przygoda każdej chwili szkoda. NOT! Moją pobudką był ROn czekający w samochodzie pod domem i drący się do słuchawki, że zaspałem. Omijając zalane drogi nadłożyliśmy z 50km, a GPS kierował nas a to do gospodarsta rolnego, a to na polną drogę. W końcu skończył wyłączony w bagażniku. W samej Warszawce ludzie nad wyraz kulturalni: penerki kelner w sfinksie, podający menu na osranym kiju (samo żarcie również na poziomie psiej karmy. Polecam Sfinksa w Toruniu. Polecam jakieś 666 razy bardziej) i wiedźmowata kasjerka w Karefurze. Podczas wizyty w Karefurze otarliśmy się o świat szerokopojętej kultury i sztuuuki spotykając pewnego aktora: Knorra z Klanu.

O 15.00 panowie ochroniarzowie wpuścili nas z łaski swojej na płytę lotniska. Siłą spokoju dotarliśmy do barierek pod sceną (tych z 2 sektora), a w deszczówce przemyciłem batonika. Jak to ktoś ładnie powiedział: za to mogą nas wyrzucić... Postaliśmy jak kołki 4h pod barierką w oczekiwaniu. Kręgosłu wraz z nogami wbił mi się w czaskę. Na jakiś czas przyciąłem komara na siedząco. O 19:30 na przedbiegi zagrała polska kapela serwując nam piosenki Łysky moja żono i Wehikuł czasu. Jednak za dobrze nie znam Bajmu, a może to było Kombi? Potem 30 minut czekania na Aka Daka. W międzyczasie jakiś obcokrajowiec chciał się dobić do barierek. Jednak pokojowy przekaz w postaci zdania: Do you understand: spierdalaj i przytknięta do twarzy pięść (od jakiegoś starszego pana) szybko ostudziły jego zamiary. Zaczęło się Aka Daka i.....

... o tym powiem wam na piwie jak się spotkamy. Powiem tylko tyle, że krok Angusa Younga był znamienity, a Thunderstruck mnie zabiło. Po koncercie czułem się jakby piorun uderzył w czubek mojego penisa. Bokserki podarte były w drobny mak. Gdyby ktoś podszedł z nożem i mnie nim pyknął w klate zupełnie bym się nie pogniewał. Kolejna klasyczna chwila po której można stwierdzić, że widziało się wszystko i można umierać - wszystkie niedokończone sprawy, wszystkie nieodbyte ważne rozmowy i niewyjaśnione rzeczy... mogą się iść z psami ten tego. Było i jest bosko. A gdybym używał buziek (których nie używam), to zrobiłbym tak: :D. No ale, że nie używam to nie zrobię. Pochwalę się jeszcze nowego lepszego Pawła (czyli mnie), który po wizycie w Sfinksie i jego obleśnej paszy, kubusiu i batoniku nie dostał rury, nie gnał do kibla na posiedzenia. Brawo Pawle.

Dyrektywy kulturalne: Było bosko, a za 3 tygodnie będzie równie bosko na Metce, Slejerze, Antraksie i Megadecie, które to zespoły, jak powszechnie wiadomo, skończyły się na Kill'em All. Zapowiada się kolejny wyznacznik Wielkiej Erekcji. Jutro goście, goście w postaci pewnej pani z Poznania, która przyjedzie z Torunia. Chyba to wszystko.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka iście weselna, acz skoczna. Zespół się nazywa jakby grał Nisko Polo, a może i gra Nisko Polo. No to Starous - jaki tu spokój. Niestety bez teledysku, tylko jakieś perskie obrazki.

W następnym wpisie udowodnię, że debilne opisy na gadu wpływają negatywnie na kurs funta (nco nie Koza?).

piątek, 23 kwietnia 2010

To samo od nowa...

..., to samo od nowa! Powiedziałem oglądając pewną płytę DVD z teledyskami gotyckiego metalu. Już wiadomo, że dzisiejszy wpis będzie jak zwykle niepowtarzalny i aktualny w każdej epoce. Tym razem obiecuję, że po napisaniu słitaśnego wpisu przeczytam go jeszcze raz, ażeby odnaleźć w nim tony błędów składniowych i je skoryguje (bo ostatnio nie przeczytałem i nie skorygowałem). Ukłonem i mrugnięciem oka do męskiej części czytelników są oczywiście cycki na obrazku (okładka jakiejś gotyckiej płyty), a co do żeńskiej? Mogę wam powiedzieć: Dziewczyny, ładnie dzisiaj wyglądałyście....
Powracając do skradzionego wątku: dzisiaj nauczymy się rozróżniać dobrą i złą wtórność, czyli taką powtarzalność, na którą się zwraca uwagę, lub też udaje się, że się nie zwraca. Przyjrzymy się ..... (dramatyczna cisza) ... samopowtarzaczowi! (dramatyczne skrzypce)
Ponownie o płycie DVD z teledyskami gotyckimi: 20 kawałków zespołów, których nawet nie umiem wymienić z nazwy, ani opowiedzieć o czym śpiewały (spowodowane to było albo słabiusieńkim angielskim akcentem lub jakimś dziwnym językiem znad fiordów), a poza tym? Istny samopowtarzacz, który rozdzielę na wokal żeński i męski wokal. A więc: żeński wokal - laska (niezależnie czy ładna, brzydka, z wąsami, stara, koleś przebrany za babkę, słoń morski przebrany za babkę) odziana w jakieś śmieszne fiszbiny i dekolty (obowiązkowo czarne) śpiewa pod nosem piosenkę o cierpieniu. Sama konstrukcja piosenki: wstęp kobitki, potem dźwięk złowieżbnych klawiszy i ujęcie na złą minę klawiszowca, a na koniec wchodzą gitary i robią takie dży dży dży (w każdej piosence gitara tak samo nastrojona, tak samo brzmiąca... skandal!!). Właśnie opisałem 14 piosenek. Wokal męski: od razu darcie ryja i dży dży dży (gitary brzmią tak samo jak w wydaniu żeńskim). Jedyną pozytywną stroną męskich wokali jest to, że istnieje duże prawdopodobieństwo na pojawienie się gołych cycków w teledysku, a nawet 2 albo 3 par gołych cycków. Yeah!! Przepis na przyjemne z pożytecznym: wyciszamy muzykę w teledysku i z łinampa generujemy sobie jakiś ulubiony kawałek i napawamy się melonami. Smutne co nie? Wszystko brzmi tak samo wtórnie, to samo dży dży dży, tylko wokal inny. Jakbym słuchał jednego zespołu...
Teraz ciut inne spojrzenie na wtórność muzyczną: jak jeden zespół nagra 2 podobne do siebie płyty (np. Green Dayowe Dookie i Insomniac - YES!!, lub Offspringowe - Smash i Ixnay on the Hombre - YES!) to ktoś zarzuci mu wtórność i powielalność schematów, a gdy zrobi z płyty na płytę lekki odskok z melodią (Green Day - Nimrod - NOT!) to zarzuca mu się odejście od korzeni i inne pierdy. Więc pytam, to ja się pytam: co jest nie tak? Ma być wtórnie, czy za każdym razem inaczej? Zdecydowanie wolę wtórnego starego Green Daya niż jego obecne eksperymenty , zabawy konwencją i pedalskie malowanie sobie oczu... Brrr. Polskimi Ojcami Wtórności (pochodzącymi z Australii) są panowie z ACCA DACCA. Wraz z kolegą Jądrem rozkminiliśmy, że używają dokładnie 6 chwytów na gitarze od 20 płyt. To jest dopiero wtórność, ale za to wtórność z wyższej półki, taka eksklu-wtórność. Wtórność którą lubię i toleruje.
W życiu również może dorwać nas wtórność: rozstaliśmy się z misiem z pewnego powodu, wróciliśmy do misia, rozstaliśmy się z misiem ponownie z tego samego powodu, wróciliśmy do misia.... To jest wtórność czy głupota? Zdecydowanie to drugie. A jak ktoś nam powie, oczywiście przekaz ukryty w wielu rozbudowanych przenośniach i onomatopejach, że jesteśmy życiowo wtórni, to oburzeni odpowiadamy: co ty pieprzysz, tym razem się uda! Nie chciałbym wróżyć z fusów, ale się nie uda.
Morał, jak w każdym odcinku Autostrady do nieba, jest taki: Wtórność w życiu jest zła, mkay? A wtórność muzyczna to... to pedały, tzn. jest i dobra i zła.

Dyrektywy kulturalne: Kończy się pierwszy tydzień urlopu. Wszystkie filmy obejrzane po raz któryś, seriali jak na lekarstwo, książka czyta się z problemami. Za to w nowej robocie sprawy się płynnie załatwiają. Od strony muzycznej katuję koncertówkę In Flames (z 2000 roku) . Jest ona bardzo słitaśna i godna przesłuchania ponownie. Scenariusz do filmu rodzi się w bólach, ale za to jest kamera HD i naramienny jej kamery.

Dziś w TV Cyganki Eduszy jakby uzupełnienie poprzedniego wpisu, ukoronowanie obleśności lat '80 i końca świata. Synonim minionej epoki i złego gustu. Teledysk nakręcony w 3 minuty i zmontowany za pomocą magnetowidu i odtwarzacza. Stylistyczna gęsia skórka. No to: Numero Uno - Tora Tora Tora. Proponuję przed seansem postawić obok siebie wiaderko na pawia.

W następnym wpisie przedstawię przepis na słynne studenckie ryżotto.

środa, 11 listopada 2009

O czym oni śpiewają cz. 5 - najlepsza polska szanta

W dzisiejszym odcinku wychodząc naprzeciw wszystkim konsumentom i podatnikom oraz pogodzie, którą pewien anglik określił by mianem bollocks, postanowiłem powrócić do korzeni. Korzeni, czyli cyklu O czym oni śpiewają. I jak już każde z was zauważyło trudno odgandąć jaką piosenkę Pawełek dzisiaj opisze. Mała podpowiedź - szanta - jest jak najbardziej myląca. Uznaję tylko trzy szanty: Morskie Opowieści (w wersji najsprośniejszej i wymyślonej przeze mnie po pijaku), Under Jolly Roger (niemieckiej hejwimetalowej kapeli Running Wild) i ostatecznie opisywana dzisiaj: Żołnierz Fortuny polskiej kult kapeli, również hejwimetalowej - Turbo. O Turbo i ich najlepszej płycie wszechczasów pisałem onegdaj w pewnym cyklu. O obleśności okładki płyty z której pochodzi ta szanta też pisałem, więc przejdźmy do dzieła i wyjaśniajmy...:
Wśród ryczących fal,
Poprzez chmury i deszcz,
Płynie wielki galeon,
Poganiany przez śmierć.

No i pierwsza część pierwszej zwrotki - nie powinna stwarzać większych problemów w rozumieniu i odbieraniu treści. Nawet największy dekiel, może nawet pies (bo psy podobno znają 300 słów) zrozumiałby te słowa. Ha! Wyobraźcie sobie jakby pies akurat znał te słowa i posłuchał piosenki... Pewnie by sie gdzieś zaszył pod wersalką. Moja Nuka przyniosła by po pierwszej części patyk albo piłkę. No ale... wracając do zagubionego wątku: mamy straszny rozpiździej na dworze, leje, mgła jak śmietana (chyba chodzi o te chmury). Płynie sobie Wielki Galeon (może to nazwa własna statku) albo zwyczajnie wielki galeon (bo to ... wielki galeon). Jak wyczytałem w wikipedii galeony z założenia były wielkie - 3,4 maszty, nadbudówka na rufie, rzeźba jakiejś lasi na dziobie... popisówka nazewnictwa technicznego. No i za tym galeonem sobie: albo płynie łajba o nazwie Śmierć, albo personifikacja (ha! kolejne mądre słowo) śmierci, albo Wojciech Śmierć - kapitan pewnego statku pościgowego.
Trzeszcza maszty i ster,
Rwą się liny i żagle
Ryk zawiei, szum wód
Śmierć nie zaśnie! Nie zaśnie! Nnie zaśnie!

Jak to w każdej paskudnej pogodzie na wodzie (i mamy rymek), różne rzeczy się dzieją: od siły wiatru trzeszczą deski, pod wpływem napięć wewnętrznych. Żagle się rwą i liny podobnież (w takim hałasie można bezkarnie puszczać bąka, a prawdziwe damy nie muszą w tym czasie kasłać albo szurać krzesłem). Fale są do pempka, wiatr gwiżdże (mniej więcej tak jak w jadącym samochodzie z niedomkniętą szybą). I na koniec plany personifikacji śmierci: nie zaśnie, ale dlaczego? Może opcja Wojciecha śmierci, który zaśnie jak dogoni?
Ref.:
Galeon, galeon, galeon... x2
I tutaj dobitnie podmiot liryczny kibicuje uciekającemu galeonowi. Kibicuje jakie 6 razy...
Jeniusz śmierć już idzie
Statek bierze w objęcia
Niczym żołnierz fortuny
ale morza wciąż spiętrza!
No i to nie chodziło o personifikację śmierci, tylko o pana o imieniu Jeniusz, a nazwisku Śmierć. I pan Jeniusz już prawie dogonił uciekający galeon (cholender). w trzecim wersie okazuje się, że ktoś zlecił dogonienie Wielkiego Galeonu za kaskę. No bo żołnierze fortuny tym się zajmują. Dochodzi tu wątek sci-fi, bo Jeniusz ma urządzenie do spiętrzania wody w morzu, możliwe, że to on kontroluje tą perską pogodę. (w jakimś Bondzie Ernest Stravo Blofeld chciał kontrolować pogodę).
Sternik wypadł za burtę
Wicher zawył z triumfem
Statek runął na skały,
Fale pokład zalały
No i sruuu! Sternikowi się wypadło. Pewnie nie uważał, albo dostał bomem po pysku (bo przyjmowanie bomem po mordzie to moje hobby). No i bez sternika to już nie to samo... statek sie zawinął na skały i konsekwencją tego było jego zalanie.
I koniec, a miało być tak pięknie. Niestety nie w każdej szancie pijemy łysky i piwo i śpiewamy, grając na akordeonie. Żołnierz fortuny to typowo jesienna szanta - doliniarska i źle się kończąca. Ale za to ma kozacką melodię i typowo hejwimetalowe solo.


Przypomniał mi się dziś pewien wynalazek ze studiów:
Łyżeczka do cukru - wyobraźcie sobie, że odwiedzają was znajomi, podajecie im herbatę, aż tu nagle (a nawet WTEM!!!) nie macie łyżeczki do cukru. A przecież bez niej porządne i z bontonem przyjęcie gości nie może się odbyć. Dzięki Bogu kolega z akademickiego pokoju żadko obcina paznokcie u nogi. Szybko ściąga skarpetę lub przez dziurę na wielkim palcu (bo zazwyczaj większość skarpet w akademcu jest z cebulą na palcu) i odsłania swojego szpona. Obcina go i nadziewa na patyk po lodzie. Włala, mamy łyżeczkę do cukru, zwaną również szponem. Mistrzowie higieny, czyli tacy co myją ręce po sikaniu, mogą szpona zdezynfekować szpirytem.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka na poprawę zszarganego przez pogodę nastroju: mistrzowsko suspensyjny teledysk i piosenka o nieopisanych wartościach artystycznych, czyli Harry Nilsson - Put The Lime in the Coconut. I po jej obejrzeniu od razu mam banana na pysku i pokazuję środkowy palec Pani Jesieni i jej jarzębinie w koszu!!

W następnym wpisie opowiem jak uchronić się przed jesienią szykując sobie wesołe opisy na gadu już latem.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Los Tres Amigos cz. 4 - Co z tą Polską.

Witam wszystkie grzeczne dzieci, które uczęszczają co niedzielę do kościoła. Dzisiaj z rana byłem tak zaaferowany wkładaniem gaci przez głowę (wczoraj lekko mi się popiło i WKK przekształcił się niespodziewanie w WKM, czyli Wieczorny Kącik Menela), że przypomniało mi się, iż dawno dawno nie zamieszczałem posta z cyklu "Los Tres Amigos". Tym bardziej w cyklu tym nie poruszałem żadnych wątków patriotycznych. Najprościej mówiąc (mówiąc tak prosto, niczym prosto mawia się przy drugim piwie... zdrówko) nie omawiałem żadnych płyt pochodzenia rodzimego, polskiego. A więc zaczynamy: w tle jednym (ale nie tym trzecim) okiem patrzę na mistrzostwa świata w Lekkiej jetz im Berlin (o tym zacnym wydarzeniu wpisik również będzie), drugim okiem poprawiam niedorzeczności, które przed chwilą napisałem, a 3 okiem przyglądam się wersalce... Do obrazka tytułowego posta i samego tytułu posta aż prosi się o wstawienia foty Tomka Lisa, jak szczerzy swoje pożółkłe kły. Jednak jak już zauważyliście, cykl tytułowy nie ma tytułowych zdjęć. Agh, niesamowicie zszedłem z tematu. Polska muzyka jest polska. W latach '80 muzycy coś ciekawego śpiewali, ich rozbudowane przenośnie i onomatopeje miały ukrywać treści, które cenzura z założenia nie miała wyłapać. Realizacja muzyki była słaba. W latach '90 wszystko spadło na pysk i słowa są o niczym, muzyka może się poprawiła jakościowo, ale... Grymaszę, niczym baba. Jaki będzie dzisiejszy przegląd? Będzie fajny.
Tak chronologicznie idąc, ale również jakościowom na pierwszym miejscu mroczne szataństwo zespołu niczym nazwa pewnej telewizji TiVieN - TURBO. Kapela zaczynała muzyką miękką jak miękka rurka i ciepłą jak refreny Lady Pank. Na szczęście wykupili z komisu swoje jaja i nagrali najlepszy polski hejwimetal. Gdy brat przyniósł tą kasetę do domu, wziąłem pudełko, zobaczyłem okładkę - Kawaleria Szatana i powiedziałem: "o kur%&^%$a!". Oczywiście również zmoczyłem spodnie. Lekko trąca mordka ziomkiem z Iron Maiden, okładka narysowana w podziemiach tajnej bazy Solidarności i na solidarnościowym powielaczu powielona. Nie szkodzi. Okładka mogła by być wydrukowana na opakowaniu zastępczym po czekoladzie, i tak liczy się zawartość kasety. Oczywiście mama jak zobaczyła okładkę, to również powiedziała: "motyla noga, Paaaweeeeł czego ty słuchasz?!". Pieprzę od rzeczy. Jakie to jest? Jak ktoś lubi Ajron Majdan pokocha i to. Muzyka szybka i ultra mocna. Wzwód podczas słuchania sam puka nam w bokserki. Słowa, może czasem częstochowskie rymy, są o śmierci i związanych z nią przyjemnościach końca świata. Swego czasu, gdy kaseta z zawartością płyty była przezroczysta, słowa Wieki Wieki mijają rozumiałem jako Jeklin Jeklin, Jeklin jaaaajaaaa. Mimo bezsensu, nadal sikałem pod siebie. Wszystkie piosenki znam na pałę. Nawet znam słowa do instrumentalnego kawałka Bramy galaktyk. Wymienię tytuły Żołnierz Fortuny (piosenka o pewnym galeonie, najlepsza szanta), Kawaleria szatana cz.1 i 2 (o kawalerii szatana) chyba najlepszy Ostatni grzeszników Płacz. Jest jeszcze kilka kawałków, których poprzez ignorancję nie znam. A zgadnijcie czego słucham jadąc do pracy samochodem? Tak, zgadliście, nowego szlagieru Lady Zgagi.
Kolejna płyta to bardzo dobra płyta. Autor Kazik na Żywo, a tytuł Na żywo ale w studio. Na okładce (spożądzonej chyba przez Kazika juniora) jest prawdziwe kino akcji: cycki ze swastykami, kuśka z wytryskiem, jakieś cuda niewidy. Zaczyna się od pobudzającego kopa w krocze w postaci Celiny (klasyka taty Kazika), szybko i zgrabnie zagrane. Rzekłbym super. potem klawo jest przy Nie ma litości, Artystach. Uwielbiam również piosenkę, hymn amerykańskich indian: I ty zostaniesz indianinem. Kawałków jest 17, ponad godzina słuchania, do nabycia w waszych Empikach za jedyne 30zł. Czy można chcieć więcej? Sama muzyka jest ostra, od hardkora po metala. Widać, że chłopaki słuchali Rejdż Egejns de Maszin. Jest taka anegdota, że jak wysłychali płyty powyższego zespołu powiedzieli: "o kurw^&%&^%a". Słychać to, bardzo słychać. Pierwszy raz słyszałem płytę na kasecie. Przegrał mi ją kolega na swoim jamniku zwiezionym z zachodu. Mamie się nie podobało Nie ma litości, a mi wręcz przeciwnie. Większość piosenek, podobnie jak w przypadku kasety Turbo, cytowałem z pały. Na koncercie, również śpiewałem materiał wraz z zespołem...
Ostatnią, lecz nie najgorszą płytą jest State of mind report zespołu Kwasożłopy. I jak w poprzednich przypadkach wpadła w moje niecne ręce pod postacią kasety (tym razem oryginalnej). Nie jest może cała rewelacyjna, ale około 4 kawałków to porządna erekcja, której nie powstydziłby się Inspektor Erektor. Tytuły w większości pozapominałe z wyjątkami: 24 radical Questions, Pump the plastic heart i Wild things. Więcej grzechów nie pamiętam. Płyta nagrana w klasycznym, niczym pozycja klasyczna stylu, a więc słychać trzaski płyty winylowej i trochę niedoróbek. Gitary to kupa mięsa na tatara. Sami muzycy grymasili (po jakimś czasie), że płyta jest za mięka. Odpowiadam szczerze: NOT!

I na koniec anegdota muzyczna:
Swego czasu, będąc w Poznaniu, wraz z kolegą nawiedziliśmy pewien sklep muzyczny. Siedziała tam pewna dostojna niewiasta i brzdąkała na elektryku. Plumkała na czystym kanale jakieś szlagiery z Lednicy, gdy w pewnym momencie zamarzyło jej się ostrzej. Po czym mówi do sprzedającego:
- A ma pan może jakiś efekt rokujący, albo metalizujący?...
Pan sprzedawca schował się pod ladę, po czym słychać było chichranie, a ja sam uciekłem do innego pomieszczenia i uśmiałem się jak wieprz..

Dziś w TV Cyganki Eduszy klimat mroczny i pachnący siarką. Wydawaćby się mogło, że to parodia hejwimetalu. Niestety, kiedyś tak ludzie śpiewali i kręcili teledyski. Kawałek bardzo udany, teledysk, jak to bywa w życiu, NOT! No(t)o: Mercyful Fate - Egipt.


W następnym wpisie opiszę wam życiową historię o wyciąganiu cycka przez koleżankę w samochodzie służbowym.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

O czym oni śpiewają cz. 4 - kujawsko-pomorska zagadka kryminalna

W dzisiejszym (lekko zaniedbanym, niczym zaniedbana higienicznie młodzież na Łudstoku) wpisie z cyklu deszyfracji piosenek postanowiłem rozszyfrować piosenkę-zagadkę naszego lokalnego (acz znanego w całej Polsce) zespołu Kobranocka. Jednak jak do każdej zagadki kryminalnej, należało się przygotować. I po raz pierwszy (no może drugi) w życiu postanowiłem się do czegoś przygotować. Zasięgnąłem rady gogli, wikipedii i na koniec ponownie gogli. Fragmenty piosenki przybliżały mi rozwiązanie zagadki z przeszłości.No tak... rozgadałem się o wszystkim innym, a nie przekazałem tytułu piosenki: Kocham cię jak Irlandię. W sumie śmieszna anegdota się wiąże z tą piosenką. Za każdym razem jak ją słyszę, to rzygam. Spowodowane jest to faktem, że naście lat temu kumpela co wieczór nuciła mi ją do snu. Robiła to w sposób karalny prawem. No to lecimy:
Mieszkałaś gdzieś w domu nad Wisłą
Pamiętam to tak dokładnie
Autor przypomina sobie pewne niedokończone sprawy z przeszłości: kobieta mieszkająca w domu nad Wisłą (Wikipedia podpowiedziała mi, że długość rzeki wynosi 1047km). Analizując przedstawione fakty - koleś sobie poszuka...
Twoich czarnych oczu bliskość
Wciąż kocham Cie jak Irlandię
Czarne oczy (pewnie Cyganka) - to wskazówka, że prawdopodobnie laska była cyganką. Jest kilka większych zagłębi cyganów w Polsce, znajdujących się nad Wisłą.
A Ty się temu nie dziwisz
Wiesz dobrze co było by dalej
Jakbyśmy byli szczęśliwi
Gdybym nie kochał Cie wcale
W refrenie lekkie rozdrapywanie ran. Mogłaś, dlaczego nie zrobiłaś, nie podałaś kapci, zupa była za słona... i wiele wiele innych. Autor antycypuje wizję: "co by było gdybym nie zapomniał adresu tego pieprzonego domu nad Wisłą".
I przed szczęściem żywisz obawę
Z nadzieja, ze mi ja skradniesz
Wlokę ten ból przez Włocławek
Kochając Cie jak Irlandię
Kobieta najwidoczniej lubiła się umartwiać. Cyganie mają pecha: a to im skradną perskie dywany, a to skradną im kradzione samochody, które wcześniej ukradli. Jednakoż autor tekstu również miał obawy (widocznie był częścią procederu dywanowo samochodowego). Dokonując prostego dodawania kobieta przytłoczona była podwójną dawką obawy. I przełom co do lokalizacji miejsca akcji: Włocławek - upadłe miasto, w którym przyszło mi pracować. W dodatku Włocławek leży nad Wisłą i z najduje się w nim CKC, czyli Centrum Kultury Cygańskiej: na ulicy żabiej najłatwiej dostać z noża od cyganów i stracić telefon. Poza tym onegdaj na Żabiej swój impresariat miał Don Wasyl i jego Roma. Ostatni wers to dla mnie zagadka. Może autor wracał sobie z pracy z Irlandii...? Albo brakowało mu rymu, tylko że ta piosenka to bardziej biały wiersz. Tak więc autor jest prekursorem białego rymu: dwóch nie pasujących do siebie (pod względem rymowania się) wyrazów, np: "akordeon - taczka" (wspaniały przykład białego rymu). Muszę dodać biały rym do Wikipedii.
Gdzieś na ulicy fabrycznej
Spotkać nam się wypadnie
Lecz takie są widać wytyczne
By kochać Cie jak Irlandię
Ha, kolejne sprecyzowanie lokalizacji zamieszkania dziewczyny: Włocławek, ul. Fabryczna. Ulica położona niedaleko Piwnej (równoległa do niej). Z kolei na ulicy Piwnej jest Stary Spichrz - miejsce spotkań lokalnych brudów, punoli i alternatywy. A więc nasza dziewczyna to cyganka-alternatywna lub pankówa. Zapewne będzie miała przy sobie próbki perskich dywanów na sprzedaż. I na koniec biały rym, żeby ilość wersów była stała.
Czy mi to kiedyś wybaczysz
Działałem tak nieporadnie
Czy to dla Ciebie coś znaczy
Ze kocham Cie jak Irlandię
Podmiot liryczny kaja się. Najwidoczniej coś spieprzył. Owszem, w 2 wersie dowiadujemy się, że był łajzą. Podczas podprowadzania samochodu na handel zostawił po sobie jakieś ślady i koledzy dziewczyny wpadli... Kajać to się można... conajwyżej w psiej kupie, albo krowieńcu. I ostatni wers, czyli powtórzenie białego rymu.
Reasumując piosenkę: nie zakochujmy się w alternatywnych cygankach, gdyż cygańskie tradycje (kradzieże samochodów i handel dywanami) mogą uniemożliwić nam pełnię szczęścia i oddanie się w 100% kobiecie. (może to i dobrze)

Motyla noga, rzeczywiście jest w refrenie układ rymów ABAB, ale co tam. Ta piosenka jest tak bez sensu, że biały rym broni się sam (wielki moderator - Wielki Bakaliarz).

Na koniec ciekawostka. Ulica Fabryczna we Włocku jest tutaj:


Wyświetl większą mapę

A w TV Cyganki Eduszy kult (jak dla mnie) hejwimetalowej parodii. Czyli zespół Massacration - Metal is The Law. Nie dosyć, że kolesie robią kompletną kpinę z hejwi metalu, to muza jest ultra dobra i teledysk również... Zapraszam:



W następnym wpisię pokoloruje farbkami: czarną i białą czarnobiałe zdjęcie.

niedziela, 7 czerwca 2009

O czym oni śpiewają cz. 3 - Nazi UFO

Dzisiejszy odcinek cyklu (nie mylić z kobiecym cyklem), który idzie mi nadzwyczaj dobrze, poświęcony będzie klasycznej polskiej piosence (kolejnej już w kolejnym odcinku) zespołu DeMoho, a mianowicie odnosząca się do tajemniczego tytułu posta (bo chyba lepiej zostawić coś w drobnej tajemnicy niż walić z otwartej łapy prosto w ryj?). No ale wracając do wątku (który zgubiłem po drodze z 3 razy): utwór klasyczny jak klasyczna jest pozycja klasyczna: Jak statki na niebie. Ktoś może się zapytać, dlaczego tak zakodowałem ten tytuł? Ponieważ naoglądałem się dzisiaj dokumentów z Diskowery na temat latających spodków Hitlera, które to niby spodki latały nad stanami i meksykiem. I dodatkowo w Roswell nie rozbiło się UFO tylko latający spodek SS. Jestem może w stanie uwierzyć w to, że to rozbił się Nazistowski spodek... Ale reszta jest piosenką. Nie wspomnę o tym, że temat teori spiskowych dziejów jest tematem na osobny wpis. Wpis bardzo obszerny i oparty na faktach. NOT!
Tak się nagle zachmurzyło
Szaro sine ciężkie niebo
Podmiot liryczny wygląda sobie przez okno (może wizjer w schronie) i patrzy, że znowu pada. Nie dosyć, że pada to jeszcze pada pierwiastkami ciężkimi (które to z natury potrafią być radioaktywne i ultra szkodliwe). Mamy wizję nulkearnej zagłady świata. Zagłady totalnej i nuklearnej.
Zobaczyłem Cię za oknem
Wejdź do domu to nie zmokniesz
Może Ciebie tam nie było
Tylko ze mną coś się stało
Aha!! Więc to było okno, a nie wizjer. Podmiot zaprasza kogoś do siebie, ażeby uchronić go przed zakażeniem ciężkim deszcze. Nagle w 3 wersie pojawia się wątpliwość: być może. p.lir ma haluny i tylko mu się zdawało, albo z nim coś się stało (aż i mi udzielił się rym). Być może został zakażony deszczem?
Znów mnie oszukała miłość
Tak pragnąłem Twego ciała
I widzę tylko Twoje kapelusze
Ludzie o średnim guście nie chcą za bardzo słuchać piosenek o atomowym Holokauście. Woleli by piosenki pokroju "Pan kocha panią", więc autor daje im to czego chcieli: miłość myli bohaterowi oczy (nie tylko miłość) i widzi on przeróżne zwidy. Nie tylko miłość mu mydli oczy. Oczy zamydla mu narząd między nogami (stary dobry narząd). I na koniec mózg płata postaci figla - kapelusze jego kochanki, które.....
Jak statki na niebie
Jak statki na niebie
Jak statki na niebie
No i już wiemy: jak Ufo na niebie. Nie dosyć, że wojna atomowa, to dodatkowo wywołana przez kosmitów. Czarno to widzę.
Ciemne chmury wiatr przegonił
Kiedy chciałem je dogonić
I zmieniła się pogoda
Klasyczny promyk nadziei: chmur już niema , można wyjść ze schronu i przewietrzyć okrężnicę (mówiąc potocznie - puścić bąka na świeżym powietrzu). Ale w 2 wersie ukazuje nam się lekka depresja bohatera. Chciał sobie podgonić ciężkie chmury (przecież tak nie wooolnooo) i ktoś mu zepsuł całą frajdę zabijania się.
Wiem, że jutro cię tu spotkam
Teraz sobie przypominam
Dzisiaj tutaj być nie mogłaś
Przecież jeszcze nie wróciłaś
Może lepiej, bo nie zmokłaś
Pierwszy wers sugeruje ostrą libacę poprzedzającą dzień opisany w piosence. Podmiot pił do lustra i usychał z tęsknoty za swoją kochanką. Pewnie siedzi w innym schronie. To lepiej, bo idąc nie nasiąkła by ciężką wodą.
I dzięki bogu, to koniec tej pesymistycznej piosenki. Andrzej Krzywy (fajne nazwisko) zapewne naoglądał się tych samych postapokaliptycznych filmów co ja (dzisiaj byłem na nowym terminatorze, daje radę) i opisał swoją wizję zagłady w tej "niby to o miłośći piosence". Wniosek prosty: widzimy UFO, to uciekamy do schronu. Widzimy ciężkie niebo, jw.

A dziś w TV Cyganki Eduszy teledysk sponsorowany, dla mojego pancernego kumpla Kuby: Dżosz Łink - Are You There?. Po krótce klasyka rejwu i techna, teledysk biały kruk.

W następnym wpisie przedstawię jak zrobić misie żelki o smaku dębu, rzepaku i prosa.