wtorek, 6 października 2009

"... ale nie rozumiem..."

Od dzisjaj, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom czytelników i samego siebie zamieszczać będę posta codziennie. To był oczywiście żart sceniczny niskich lotów (tak niskich niczym poziom humoru kabaretonu sprzed tygodnia). Przecież nie będę pisał codziennie o porannym wzwodzie. A co gdy go nie będzie?... Pewnie ziemia powróci do postaci płynnej masy. Co do samego zdjęcia do posta: oczywiście widnieje na nim prof. Jem Miodek, król gestykulacji rękami. Gdy idzie spać to zakłada sobie gabki na wszystkie 21 palców ażeby nie zrobić sobie i żonie krzywdy przez sen.
Impulsem do napisania dzisiejszego ekstremalnie spontanicznego i ciekawego wpisu było zdanie wypowiedziane przez kumpla z roboty (zwanego również inż. Modliszką lub Pudzianem): "zaszprajcuj mi ten kabel". Doszedłem do mistycznego wniosku jak bardzo ciekawego: nieźle nam się przez te 10 lat napłodziło wyrazów o mistycznym znaczeniu. Chodzi mi o wyrazy które znaczą co znaczą, lecz wypowiadane przez pewne grono znaczą co innego. Ale jak dobrze wiemy jak grono usycha to robi się rodzynka, a jak fermentuje to robi się zacne wino. Lata technikum i studiów wygenerowały u mnie (i wśród grona) pewien specyficzny, zamknięty wręcz sterylny sposób wypowiadania się. Lecimy z listą!:
Trąbka - zazwyczaj jest to instrument, a gdy jest własnością Eustachiusza, to wówczas mamy do czynienia z kawałkiem ucha. Ale pewnego wieczora do zadusznego pokoju w akademiku wszedł współspacz, nawalony jak prosię, złożył rączkę w piąstkę i się do niej wyrzygał. Paw radośnie pociekł mu przez palce (od razu zgłodniałem)A że ja nie byłem trzeźwiejszy odpowiedziałem mu na to: niezły mi tu hejnał na trąbce zagrałeś. No i od tego czasu na rzyganie do ręki wołamy trąbka. Jak to brzmi ładnie i kulturtalnie. A w towarzystwie prawdziwych dam, słowo to przemknie niezauważone.
Szprajcować - mamusia mnie nauczyła. Pewnie słowo pochodzi z najordynarniejszego języka świata - niemieckiego. Zaszprajcować - ozancza wykonanie pewnej czynności. Zazwyczaj wyrażenie Zaszprajcuj mi piwo oznacza Podaj mi piwo. Słowo szprajc oznacza pewien przedmiot, którego nie potrafimy nazwać. Takie określenie techniczne. A gdy coś nam szprajcuje to wtedy należy rozumieć takie wyrażenie jako : coś mi nie działa jak powinno.
Kulać - swego czasu w technikum wszyscy wciągali tabakę. Na włefie, na religii, w kinie, w kiblu, na mszy św. Raz ktoś wciągnął przekątną stołu, raz ktoś wciągnął przekątną sali. I stąd powstało powiedzenie: Zakulamy? czyli propozycja do wspólnej konsumpcji tabaki nosem. W sumie dawno nie kulałem...
Bakłażan - warzywko o śmiesznym wyglądzie (nigdy nie jadłem, bo jak wiadomo najzdrowszymi ważywami jest mięso). W technikum zdanie Wujek zrobił bakłażana, oznaczało, że kumpel tak głośno beknął, że słyszeli go na kole podbiegunowym.
Czasoumilacz - samo słowo pochodzi z reklamy pewnej sieci telefonicznej. Kumpel mianem tym określa pewne strony nie-dla-dzieci, z kombinacją słowa tube w nazwie. Wiecie, taki odprężacz.... czaso....
Fersztejen - słowo instant classic (pochodzi z ordynarnego języka niemieckiego i znaczy rozumieć). W górach kumplowi (temu od trąbki) zwaliły się narty na łeb. Chciał zakląć szpetnie po niemiecku, a wydobył z siebie jedynie to słowo. No i tak nam zostało do dziś. Zamiast zakląć szpetnie mówię to słowo. Jak widzicie, szajse to nie jedyne niemieckie przekleństwo.
Beż - to styl życia i jego postawa. Wyobraźcie sobie poranek po chlaniu: wstajecie rano patrzycie w lustro, a tu wasz kolor skóry niczym nie różni się od koloru ściany za wami. Jest beżowy. Jesteś beżowy, ale mam dzisiaj beż. Z francuska beuge...
Edwardówka - pochodzi z czasów, gdy ojciec był wielkim bimbrownikiem (tak sobie hobbystycznie pędził w piwnicy). Gdy spróbowaliśmy jego produkcji to kumpel wjechał na rowerze do rowu, a ja dla odmłodzenia zasnąłem w szafie. Oznacza alkohol przywieziony ode mnie z domu: jakieś pigwóweczki, bzówki, nalewajki, po prostu ekstra, ekstra, brzoskwinia jest ekstra.
Na dzisiaj starczy, nic mi się więcej nie przypomina, a jak się przypomni to dopiszę.
W TV Cyganki Eduszy wypasiony teledysk w reżyserii Spike Jonzea. Zespół to WAX, a piosenka to California. Niektórzy nazwą jej słowa życiowymi, a ja nazwę ją klawą. Zapraszam.


W następnym wpisie zdetronizuję modę z lat '80.

niedziela, 4 października 2009

"Laboratorium" Wiktora Niedźwieckiego

Dzisiaj, równo od tygodnia nie tknąłem piwa, ani wódki... nie sztachałem się nawet zimowym płynem do spryskiwacza szyb. Żeby było śmieszniej nie mam dyżuru. Co mnie popchnęło do tak dramatycznego posunięcia? Nic, zupełnie zapomniałem, że można wieczór, który zaskakuje nas coraz szybciej umilić sobie piwem. Ostatnie piwo wyżłopałem tydzień temu, gdy po małośmiesznym kabaretonie (szczyt nieśmieszności osiągnął Daniec, który poziomem humoru zakłopotałby uczestników stypy) usiedliśmy z resztą Drużyny A (o tym kiedy indziej). Na samym kabaretonie drgnęły mi może ze 2 mięśnie mimiczne, a resztę poraził niedowład lub niski poziom kabaretów. W pewnym momencie chodząca Wikipedia Maciej odpowiedział to złowrogie zdanie: Nie umiemy się bawić bez alkoholu. Zdanie to powtarzał tego wieczora wielokrotnie. Padało ono również z jego ust onegdaj:
..gdy pewnego słonecznego dnia Kosowska młodzież (czyli nasza 3 osobowa Drużyna A) poszła sobie postrzelać z wiatrówki. Moglibyśmy zapomnieć wiatrówki i śrutu, ale nie zapomnieliśmy nigdy piwa. Bo przecież jak wystrzelamy tarczę to pozostanie nam prucie do puszek. Kto trafi głowę Kasztelana na puszcze wygrywa Kasztelana w puszce. Logiczne, co nie?
... gdy na pewnym majowym grilu wychłostaliśmy się wódką i edwardówką o smaku czarnego bzu. O tym co robiłem na grilu przypominały mi zdjęcia i to. Przypomnę, że za wykonanie tej piosenki nasze trio otrzymało Bursztynowego słowika w Sopocie.
... gdy po kinie nasz 3 osobowy Śremski Kącik Filmowy przy Kasztelanie omawiał film.
... gdy po udanej (kolejnej) złożonej naprawie Ronowego Pikaczento siadaliśmy nad jeziorem i żłopaliśmy Kasztelana.
I po tygodniu bez alkoholu stwierdzam dosadnie: nie umiem się bawić bez alkoholu. W sumie taki jakby eksperyment mi z tego wyszedł. Zakres: zabawa, a alkohol, czas trwania: 7 dni. Eksperyment wykonany, lecz niestety nie udany.
Wcześniej to chyba z raz eksperymentowałem, czyli odzywać się jak najmniej przez tydzień. Wymiękłem po 15 minutach po przebudzeniu.
Teraz też przeprowadzam pewien tajemniczy eksperyment związany z liczbą 10, ale o tym kiedy indziej.
Wniosek: Czy warto eksperymentować? Jeżeli chodzi o przelewanie zielonego płynu do pomarańczowego i patrzenie jak się robi z tego płyn niebieski i wszystko za państwowe pieniądze, to tak. A gdy eksperymentujemy na sobie jakieś takie dziwne, żeczy...to lepiej nie. Lepiej powiedzieć sobie Idż spać Pejsi!!!! i iść spać.

Dyrektywy kulturalne: oglądałem Wojne polsko-ruską, albo starałem się oglądać (3 podejścia i 3 zaśnięcia). Film Xawerego Ż. przypomina filmy jego ojca: ludzie pieprzą jakby wierszem i pieprzą od rzeczy, zlepek bezsensów. Szczyt ojciec Xawerego osiągnął Szamanką.... W poniedziałek idę na testy uczuleniowe, więc dowiem się czego nie mogę jeść, a raczej: co tylko mogę jeść. Więc jutro dowiem się czy naprawdę warto żyć...

Dziś w TV Cyganki Eduszy przedsmak następnego wpisu, czyli Drużyna A - Star Trek Stajl. Kultowo zmontowany klipik z najlepszą muzą początkową z serialu. No to zaczynamy: ty ty ty tytyty...


A w następnym wpisie udowodnię, że spanie w szafie odmładza (przykład bawienia się z alkoholem).

czwartek, 24 września 2009

666 oznak zmiany pory roku.

AHA! Wystarczyło dać mi rok z haczykiem i znalazłem zdjęcie śmiesznych warzyw - od razu jest ich multum. A nie zgadniecie jak się nazywa ten obraz? Odpowiedz jest jak najbardziej oczywista: obraz nazywa się Jesień. Narysował tą jesień włoch o śmiesznym imieniu i nazwisku: Giuseppe Arcimboldo. Spojrzałem ukratkiem do Wikipedii, ażeby spojrzeć kiedy się ona zaczyna (jesień, nie Wikipedia). Więc: zaczyna się 23 września (czyli wczoraj), a pierwsze oznaki spadły na mnie dzisiaj z rana niczym 16 tonowy odważnik. Ale przecież zaraz, podobno uznaję tylko 2 pory roku, porę piwa i porę wódki? Zasadniczo, formalnie to tak, ale pobieżnie jesień też się wciśnie, bo jest najgorsza, atakuje znienacka, niczym jakiś morus w więzieniu, gdy schylamy się po mydło.
Jak to się wszystko zaczęło? Początek o płynnej masie jest wszystkim znany, więc przeskoczę do momentu, gdy dzisiaj rano wstałem a w gardle miałem straszną kupę. "być może stolec cofnął mi się z kiszek do gardła gdy spałem?" - zadałem sobie pytanie. Niestety nie, była to klasyczna kulka będąca objawem bolącego gardła. Wycedziłem jedynie "kur***a" zachrypniętym głosem. Wychorchałem do zlewu parę chorch i po przyszykowaniu się pojechałem do roboty. A w pracy? Księgowa nie słyszy na ucho, kumpel wyciera baboki w rękaw, pani kierownik pewnego działu z chorym gardłem i głosem niskim jak u Lucjana Szołajskiego mówi Dzień dobry. Zaczęło się rozpylanie. Dastin Hoffman z filmu Epidemia powiedziałby: It's airbourne. Czyli ogólnonazwana grypa zaczęła zarażać powietrznie. Dzięki mojej tytanowej odporności (wszystkie możliwe beznadziejne choroby przeszedłem w dzieciństwie) lekkie przeziębienie objawia się jednodniowym gównianym samopoczuciem i tygodniowym katarem. No i po tej oboktematycznej wypowiedzi konkluduję: nie lubię jesieni, bo wtedy, okresowo niczym pewne okresy, występuje u mnie ogólne pogorszenie stanu zdrowia.
Kolejnym aspektem jesieni są kasztany, a raczej stada głupich bachorów je zbierających. Przez okno widać jak jakieś małe dekle rzucają badylami w drzewa, żeby conieco kasztanów im spadło. Podobno nieźle płacą za wiaderko kasztanów. Być może ktoś lubi sobie poskładać ludziki z kasztanów i skupuje wszystkie z okolicy. Podobno z kasztanów robi się klej i inne cudowne lekarstwa (a jakby połączył wodę z Liska z Kasztanem? U la la...). Potem z tych kasztanów lecą liście i trzeba grabić i palić...
Medialną oznaką jesieni jest odwrócona o 360 stopni ramówka telewizyjna. Czyli zaczną się te wszystkie seriale, których poprzednie 5 sezonów zobaczyliśmy w wakacje. To jest nawet dobry askept jesieni: do snu utulać mnie będą nowe odcinki doktora Doma czy też czegoś innego.
Poza tem odechciewa mi się pić piwsko, a powolutku przestrajam się na wódkę pitą w domowym zaciszu domu.
No i ostatnia, jednocześnie najgorsza opcja. Ludziska zaczynają łapać jesienne deprechy, mają suche opisy na gadu (zupełnie nie wiem jak ze zdjęciami na naszej szkapie, pewnie jakieś emo wstawiają), narzekają że jest sucho i beznadziejnie. Nawet łinamp z włączoną szuflą generuje same smutne piosenki. A moja od dawna wyłączona część mózgu odpowiedzialna za jakieś głębsze odczucio-uczucia daje o sobie znać, że nie jest tak do końca wyłączona. I taki chodzę lekko bezsensu, lub też w nomenklaturze międzynarodowej: z dupy.
... Ale już wkrótce będzie zima: jeziorko zamarznie - więc po lodzie na plażę z flaszką będzie się szło 3 razy szybciej (a jak mawia Wój Krzych: Flaszka kończy się w połowie drogi), jak spadnie śnieg to pójdę na sanki i będzie wiele radości.

Dyrektywy kulturalne za tydzień przeszły: Byłem w kinie na Bękartach wojny - kwintesencja Kłentina Tarantino (yeah!), w dodatku w otoczce wojennej (yeah!), co daje nam The Yeah Yeahs!!! W porównaniu do Kill Billi i Death Prooh to film ten jest arcydziełem... to bardzo dobrze.

Dziś w TV Cyganki Eduszy oczywista piosenka na oczywiste czasy Kury - Jesienna Deprecha. Zapraszam!


A w następnym wpisie opowiem jak radzić sobie z kryzysem gospodarczym za pomocą młotka, pilnika , rakiety do tenisa i tuzina gwoździ.

poniedziałek, 21 września 2009

Los Tres Amigos cz. 6 - Drewno

Witam wszystkich serdecznie. W dzisiejszym odcinku trzech najlepszych przyjaciół przyjrzymy się trzem przyjaciołom (aktorom) o przeróżnej aparycji, których cechą wspólną i szczególną jest taka sama gra aktorska, niezależnie czy grają to w komedii, horrorze, czy gang bangu. Dzisiaj nawet zrobię lekką hierarchię, czyli drewno i anty-drewno. A więc zaczynamy:
Clint Eastwood - bożyszcze nastolatek, ze wskazaniem, że dziś te nastolatki mają już wnuczki. Zaczynał w filmach o jakimś krokodylu (jakaś tandeta w stylu Fredki z kosmosu lub też Atak atomowych ludzi grzybów). Potem zagrał w dolarowej trylogii Serdżio Leone i stał się gwiazdą.... ale tylko westernów. Każdy kto go obsadzał do swojego filmu widział go jako bezimiennego z trylogii Leone. Wystarczyło mu tylko założyć kapelusz, w usta włożyć fajkę (lub też jakąś imitację fajki dla przycięcia kosztów), a przez łeb przełożyć koc z dziurą. (też chciałem mieć koc z dziurą, chyba to się ponczo nazywa, no i wziąłem koc i zrobiłem w nim dziurę. Miałem z 7 lat, mało wiedziałem o świecie i finalnie dostałem w tyte za ów koc). Różnej jakości były inne westerny. Potem zagrał Harrego Callahana, zwanego Brudnym (wyglądał na lekkiego niechluja). Potem wziął się za reżyserkę i za pisanie muzyki (jest niezłym dżezmenem i gra na fortepianie). Przy okazji nakosił tony Oskarów (np. doliniarski Za wszelką cenę). A te oskary, jak się zapewnę domyśliliście nie za aktorstwo, a za reżyserstwo. A co w nim takiego drewnianego? Lekko uniesiona prawa część facjaty, skwaszona mina i ton głosu reprezentujący wieczną ripostę. Nadużywa słowa Pysznie w wielu filmach no i za dużo nie mówi. Granie w komediach mu nie wychodzi, ale swoją 666% i ciętą ripostą zabija. Niezły z niego dziadzina, w filmach już niestety nie zagra, ale ostatni Gran Turino z jego featuringiem był świetny. Niczym wystawiając komentarz na Allegro rzeknę: polecam tego aktora.
Arnold Schwarzenegger - czyli Dąb (Bartek) z Austrii. I jak widzimy na zdjęciu Arnold śladami innego Austryjaka lubi sobie czasem zamówić i chlapnąć 5 piw. Arnold zanim przykoksował pogrywał sobie w tenisa ziemnego (pewnie marzył mu się Wielki (P)Tenis), potem przykoksował, zdobywał 5 krotnie tytuł Myster Olimpia (takie jakby MŚ w koksowaniu) i pare razy Myster Olimpia (podobnież). Te wszystkie puchary za zajęcie pierwszego miejsca zdobył już w Ameryce. Potem grywał w jakichś kaszaniastych serialach (zazwyczaj oprychów), min. w Ulicach San Francisko (tam grał ten młodszy Daglas, Majkel Daglas). Potem zagrał w porażce Hercules w NY. Film był tak zły, że Arnolda zdabingowali. Może ze względu na jego koszmarnie beznadziejny akcent (który zajebiście idzie parodiować i w wielu sytuacjach to wykorzystuję). Potem zagrał w Onanie Barbarzyńcy - kult filmie z wyjechaną muzyką Basila Papakopulosa. Potem i niestety, niestety zrobił drugiego Conana i Czerwoną Sonię (jakby Conana III). Aż wreszcie wypowiedział swoje życiowe 32 zdania (tak) w Terminatorze. Oczywiście kult filmie. Po terminatorze zagrał w innym -orze, czyli Predatorze (kult nad kulty, z kult muzą Alana Silvestri). Potem odnotował drugiego Terminatora, mega jajcarskie Prawdziwe Kłamstrwa i na koniec nawet miły Szósty dzień. A reszta filmów? Były dobre, ale nie aż tak dobre, jak te wymienione. Może poza Bohaterem Ostatniej Akcji (bo tytułową piosenkę napisało ACCA DACCA?). Cóż jest takiego drewnianego w tym aktorze? Wiadomo: postura, kawał z niego kloca drewna. Następnież: jak już napomkłem - koszmarrrny niemiecki akcent w wypowiadanych po angielsku słowach... może on mówi po niemiecku, ale tak żeby brzmiało jak angielski. Do dziś przecież w gronie znajomych krzyczymy do siebie: Get tu de czoopaaaaa!!! lub Dem yt Koehegen, give this pipul eaaaaa!! albo Lets giet ałt of hie yts deńdzerys!!... Klasyka sama w sobie, zwana również z angielska Instant Classic. Kolejnym atutem drewniactwa są szeroko pojęte One linery, czyli cięte riposty (zazwyczaj wypowiadane po tym jak kogoś Arnold ubił): jeszcze tu wrócę, stick around (powiedział to do kolesia nabitego na pal), i'll give You a hand (po tym jak uwalił kolesiowi maczetą rękę). Co dziś robi Arnold? Gubernatoruje sobie w słonecznej Kaliforni i radzi ze światowym kryzysem...
Paweł Małaszyński - zdecydowanie anty-drewno. Tak beznadziejnego aktora polskiego dawno nie widziałem. Na pudelku zupełnie przypadkiem (jasssne), że jest on bardzo utalentowany. Chyba nie aktorsko a manualnie (potrafi malować słoneczniki Van Gogha stopami). Nie wiem jak zaczynał, nie wiem jak skończy (a może powinienem mu wywróżyć). Wiem jedno: niezależnie kogo gra (czy to polskiego szpiega przebranego za hitlerowca, czy to kolesia co mu zabili laskę, czy to geja-dresa albo dresa-geja), to robi to z wielką beznadzieją. Na twarzy ma ten sam grymas niepuszczonego od tygodnia bąka i mówi jakoś tak niewyraźnie (albo to ja niczym co drugi nastolatek mam niedosłuch). Nie trawię go. Spójrzcie na wstawione zdjęcie: Mętne kakaowe oko i ten perski grymas zamaskowany bródką. Brrr...

A specjalne wyróżnienie otrzymuje Rocco (sami wiecie jaki Rocco), który w każdym filmie gra tak samo i wymawia jedną słynną frazę: You Do!!. Paniom robi takie rzeczy, że jakbym jakiejś zaproponował, to co on robi to bym pewnie dostał strzała w pysk od niej (tego negatywnego).

Dziś w TV Cyganki Eduszy klasyka Ramosnów oraz lekki hołdzik dla gubernatora Kaliforni, czyli: California Sun. Oraz, żeby nie było za słodko, lekko doliniarski w tonie, aczkolwiek bardzo klawy kawałek Soul Asylum - Misery. Zapraszam.




W następnym odcinku przedstawię zasady gry w rozbieranego-alko-chińczyka.


środa, 16 września 2009

Dr Jekyll i Mr Promyll

Witam serdecznie szanownych radiosłuchaczy. Piszę szalony wpisik oglądając jak Polacy dostają w dupę od Hiszpanii w kosza, drugim okiem piszę posta, a trzecim okiem wpatruję się w wersalkę. Jadąc dzisiaj do słonecznej Wenecji przypomniał mi się niesławny moment, w którym pewnego wieczoru po pijaku wysyłałem perskie esemesy do byłej dziewoji. Rano dowiedziałem się o tym od niej, a po przebadaniu telefonu, nie odnalazłem żadnych wysłanych esemesów. Jaki ja byłem szczwany. Narobiłem gnoju i przed porannym sobą to zataiłem. Jaki to człowiek jest dwoisty po pijaku. Często rano mało co pamięta. Wystaczy zażyć specyfik z procentem i jesteśmy kimś innym. Oczywiście sklasyfikowałem to wszystko i tak ładnie to wypunktuję.
Syndrom matki - jesteśmy porządnie wcięci, ale są wcięci bardziej od nas. Wcięci tak, że rzygają do szuflad, śpią w kuchni pod stołem. Cała reszta przyjmuje ogólny zgon, a my?... U nas uaktywnia się syndrom matki, czyli takie coś z takim czymś, co powoduje, że wszystkich bardziej natrzepanych od nas chcemy położyć do łóżka nakryć kocem , podać miskę i przytrzymać włosy.Oczywiście osoba ratowana jest nam wdzięczna i najczęściej mówi: spiefjadjfdalaj, nie będę rzygać, jeszcze nie śpię.... Czujemy się bardzo docenieni. Dawno nie miałem porządnego syndromu matki. Dawno nikt mnie nie rugał, że położyłem go w pościel i podałem naczynie...
Cicha myszka - odnosi się do dziewczyn, które przez całe imprezy siedzą w kąciku sącząc Redsika. Po czym nagle wychodzą do pomieszczenia z coraz to nowym chłopcem. Są tak nieśmiałe, że nawet nie powiedzą swojego imienia.
Gaduła - osoba zazwyczaj cicha, lub wyciszająca się z czasem. Gdy już wypije to zaczyna gadać i dużo gada. Gada non stop i nie przestaje. Całkiem miła i nieszkodliwa.
Nostalgiczny Ali - po pijaku (gdy najebiemy się na smutno) wyciągamy komóre i smarujemy jakieś perskie esemesy do byłej laski. A w nich: bezsensy, wymyślne epitety i bezcelowe żale. Po całej rozmowie esemesowej kasujemy wszystkie esemesy, ażeby nasza poranna skacowana wersja nie odnalazła śladu po jakimś esemesowym chlewie. Miałem tak, na szczęście tylko raz.
B.U.C. - lub też agresor. Wszystkich chcemy bić, patrzymy w lustro - chcemy się bić ze sobą. Najlepszy kolega od przedszkola źle zaakcentuje jakiś wyraz - chcemy się z nim bić. Dolar zdrożeje o kilka groszy - chcemy bić wszystkich. Jeszcze inną odmianą buca jest atak słowny i wyrzuty do innych.
Supermeeeen - ktoś jest w niebezpieczeństwie - bronimy go. Zazwyczaj jest tak, że dwudziestu na jednego, a my bronimy tego jednego. Mieliśmy tak pare razy z kumplem Marczello z pokoju. Jakież orzeszki srały się do ziomka, my podchodzimy do niego i ratujemy go z opresji.
Czipendejl - czyli po pijaku pokazujemy ciało. Ja tak mam często, że poświecę pośladkami na imprezie. Ostatnio na grillu imitowałem nieopaloną dupą flagę Turcji.
Spowiednik - nasze mętne oczy budują w innych zaufanie do naszej osoby. No to inni zaczynają się nam spowiadać z najróżniejszych tajemnic. Często takich, za które mogą nas zabić. Bywało się spowiednikiem, a przecież swego czasu ludzie wiedzieli, że nie za bardzo dochowuję tajemnicy spowiedzi... Na szczęście już dochowuję.
Perpetum Mobile
- wypijamy 3 piwa, kładziemy się na łóżku i wyrzygujemy 5 piw. (znałem takiego ziomka, Człowiek Imprezka miał ksywę).

Więcej wcieleń nie pamiętam, za kilka serdecznie żałuję. Jest parę dobrych wcieleń, np. dla nieśmiałych mężczyzn szukających kobiety do wspólnej nauki nadaje się cicha myszka...

A w TV Cyganki Eduszy klasyk zespołu Death Angel - Thicker than Blood, przypomnę, że ta kapela zaczynała razem z Metką, Overkillem i Slayerem. Czyli trójcą z Bay Area. Niestety wszyscy zapamiętali tylko trójcę. Zapraszam.


A w następnym wpisie dokonam standaryzacji i sklasyfikuje poyzcje misjonarskie.