Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publiczna spowiedź święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą publiczna spowiedź święta. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2010

Zaginiona strona z instrukcji

Dzisiejszy szalony wpis będzie o zaginionej stronie z pewnej instrukcji. Instrukcją tą jest Instrukcja do Pawła. Jak każdy wie instrukcja mężczyzny jest bardzo prosta (pewnie miałaby jedną stronę): gdzie dotknąć żeby było dobrze, gdzie dotknąć żeby było jeszcze lepiej i gdzie dotknąć żeby było klawo i coś poleciało (i nie chodzi tu o muzykę). No i jeszcze może jak poznać po minie czy mężczyzna ma ochotę na piwo czy na wódkę. Ostatecznie wnioskując po nastroju: jaką płytę AC/DC włączyć, coby ten nastrój płyta poprawiła.
Druga strona instrukcji dotyczyć powinna jak postępować z chłopem, aby zadać pytanie: Musimy porozmawiać? I tu zaczynają się schody... przynajmniej w moim skromnym przypadku.
Gdy słyszę to zdanie (chyba najbardziej oklepane zdanie na świecie - przynajmniej w Modzie na Sukces. Drugim najbardziej oklepanym zdaniem jest: Kochanie, to nie to na co wygląda...). Gdy słyszę to zdanie od razu zastygam, gardło mi się zatrzaskuje (tak samo, gdy dowiaduję się, że w daniu które właśnie jem nie ma mięsa) i zaczyna się wielki pokaz mima Eduszy. Mim Edusza pobierał nauk w szkole mimów im. Marczello Medolliniego (to długa historia, do opowiedzenia zupełnie kiedy indziej). Gdy słyszę zdanie: Musimy poważnie porozmawiać, to wówczas zakładam na głowę czarodziejski turban i znikam w chmurce dymu. Jakoś nigdy nie Byłem Polskim Ojcem Poważnej Rozmowy z kobietami. Gdy chciałem na serio pogadać rozmowa zmieniała tor na jakiś bezsens i kończyła na głupim dowcipie z mojej strony (zapewne o pierdzeniu albo o gównie w jeziorze). A gdy chciałem już coś wydusić, to zaczynałem od również oklepanego (w filmie Testosteron) słowa Wieeeesz.... pauza pauza pauza.... Nie wiem. I potem pauza, że druga strona rozmowy musiała zaczynać. Nawet miałem ksywe Niewiem - wypowiadane łącznie. No i parenaście minut później, kilkanaście Wiesz i Niewiem później rozmowa się kończyła, tak jak zaczęła. Jeżeli byłbym po paru piwach to może poza tymi 3 słowami wplótłbym z jedno zdanie na temat, ale to wszystko. Co najwyżej odpowiem, że napisze mejla. I go piszę, długiego, ze zgubionym 10 wątkiem, ze sprawdzoną pisownią w Wordzie. W mejlu zrzucam ciężar z wątroby, ale niestety w mejlu. Jako że ostatnie czasy to czasy zmiaaaan, więc postaram się coś z tym zrobić i się zmienić. Jak mawia dr Jones: Coś wymyślę!
Gdyby tej strony nie było Paweł byłby normalny, a niestety ta strona jest, lecz zaginęła, co czyni Pawła odpowiednio nienormalnym. To zupełnie tak samo jak ze stronami do scenariusza do nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Czas Wielkiej Wróżby trwa, czas Wielkiej Zmiany niedawno się zaczął. Czas.... czas pokaże.

Dyrektywy kulturalne: Zaraz zasiadam do nowego Szerloka Holmsa. Nie ma może on czapki i fajki (jedyną fajką jest ta w spodniach), lecz jest tam Iron Man i jeszcze jakiś ziomek, a co jeszcze? Film wyreżyserował Gaj Riczi (pan od Przekrętu), to może gdzieś się przewinie Turkisz i Skała, a Tommy wyciągnie pistolet na ze dżermens.... Poczekamy zobaczymy.

Dziś w TV Cyganki Eduszy kultowy szlagier ongiś kultowej i mocnej kapeli Sepultura. Uczy ona liczyć po hiszpańsku do 4 i jak powiedzieć po hiszpańsku Policja. Jak to stwierdził onegdaj Brat Andrzej: Bo to nie jest piosenka Sepultury... wypijał kieliszek wódki i mawiał dalej:
Bo to nie jest piosenka Sepultury... Zapraszam!


W następnym wpisie pokażę zdjęcia z mojej studniówki (nago).

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Dyrektywy sylwestrowe.

Jak co roku każdy z nas zapewne życzył sobie uśmiechniętego Sylwestra. I ja też wszystkim tego życzyłem. I zapewne wszyscy byli uśmiechnięci jak ten Sylwester na zdjęciu. Dla mnie od dawien dawna nie było to takie łatwe. Zawsze wstawałem ostatniego dnia roku z wielką doliną i smutami, które szczyt osiągały o godzinie 12....
...gdy nagle w tym roku wstałem rano, powalczyłem z porannym 3h wzwodem, usiadłem na łóżku, spojrzałem w lewo, spojrzałem w prawo, założyłem papcie... i nic. Żadnej doliny, żadnych zgryzot i sucharów. Po prostu cudne i błogie Whatever. Musiało minąć półtora roku od założenia tego blogaska, aby mój światopogląd odwrócił się o 360 stopni. Ufff... Jak co roku musiałem sobie coś postanowić. Już wiem że z masturbacją nie poskutkowało (jakieś 19 razy pierwszego dnia roku), to może by tak:
- Moim noworocznym postanowieniem miało być bycie miłym dla ludzi.
- I jak?
- Spier*j chu*u!!
Rok 2009 zaliczę do udanych: pracuję już rok, autko o nazwie Longina mam pół roku i jest, mawiając ogólnie, dobrze. Co jakiś czas zaszlocham za Majkelem Żeksą, jednak z zażenowania, gdy nagle co 5 minut w telewizji leci jakiś jego teledysk, lub gdy na Półsacie Latoja Ibisz odliczała do nowego roku..
A jak zapowiada się rok 2010? Już wiadomo, że będzie on rokiem Szatana, a dlaczego? Wystarczy do 2010 dodać 651 i odjąć 2000 i włala! Mamy liczbę Szatana 666! Watykan będzie miał w tym roku dużo do roboty. Kolejnym atrybutem tego roku jest nie wylewanie za kołnierz. Wraz z bratem od 1 do 3 stycznia łoiliśmy edwardówki po równo. Wyznaczyliśmy nawet symbol nowych czasów: 3XP: Parkur (koło jego bloku robiliśmy zimowego parkura na górce), Pizza (zacna pizza bratowej), Pijaństwo (jeszcze więcej Edwardówki i na koniec grzaniec).

Dyrektywy kulturalne: Film Avatar. Powalił mnie w jakiś dziwny sposób. Obejrzawszy go w 3D miałem około 20 orgazmów. Pierwszy orgazm miałem już na trójwymiarowej reklamie Cyfry+. Może to przez to niesławne 3D, a może film miał coś w sobie. Fabuła prosta jak włosy po prostownicy: Pocahontas w kosmosie, wielka bitwa, szczęśliwy koniec. Na seansie siedziałem wbity z glana w fotel i czułem się zacnie, niczym podczas oglądania po raz 666 starych Gwiezdnych Wojen, czy Powrotów do przyszłości, Predatora czy starych Indianów Dżonsów... Takiego zawijasa w żołądku nie miałem na zeszłorocznym Indianie Dżonsie, czy czwartej Szklanej Pułapce. Klasyczny powrót kina do słynnego kina wielkiej przygody lat 80. A przecież Green Day śpiewał, że: There is no return to '86. Don't you even try. Jak widać NOT!!

Dziś w TV Cyganki Eduszy miła piosenka na karnawałowe prywatki i upalnomroźne noce zimowe, czyli Monopol - Zodiak na melanżu. Zapraszam.

W następnym wpisie zastanowię się nad zastosowaniem przeliczania trójkąta w gwiazdę w przemyśle spirytusowym.

poniedziałek, 12 października 2009

Sens życia wg. Monty Edona

Dzisiaj, z tygodniowym poślizgiem wybrałem się na badania uczuleniowe. Jako, że moją drugą (może trzecią) ksywą było przezwisko Człowiek Rura (bo jedzenie przeze mnie przelatywało). No i ładnie pani mnie usadziła na krzesełku i zaczęła badać pod kątem przeróżnych rzeczy czyhających na moje zdrowie. No i miłej pani podsuwałem szalone pomysły na co mogę być uczulony i z lekkim stresem oczekiwałem na wyniki. Metoda była miła i nieinwazyjna. Na jakimś mierniku, albo innym kakaoskopie była tarcza z podziałką (od zera do stu). W rączce trzymałem miedzianą rurkę, a pani elektrodą badała mi drugą rączkę. Czterdzieści odczynników później rozpisała mi kartkę co i jak. A teraz czas na obliczenia i wzory:
Jeżeli Sens życia to 100%, a każda rzecz na którą jestem uczulony, to -10% do sensu życia? Zaczynamy:
Czekolada - niestety jeść jej nie mogę. Przecież od razu się odechciewa żyć. Bez czekolady trzęsą się ręce, a poranny wzwód nie trwa całą noc. (90%)
Orzechy - szkodzą mi najbardziej (masakra). A teraz jak mam nie jeść bożonarodzeniowych czekolad z okienkiem? Lepiej od razu palnąć sobie w łeb (80%)
Pomidory - ale... ale ... przecież keczup włocławski jest z pomidorów? Pozostaje mi jeść keczupy z Modliszki i Międzyodchodu, bo w nich zawartość pomidorów jest znikoma (70%)
Truskawki - szkodzą podobnie jak orzechy, czyli mówiąc z hiszpańska: mucho szkodzą. Może po prostu zjem 3 kilo owoca i umrę z zatrucia. (60%)
Poza tym nie mogę jeść bananów (whatever, bo i tak ich nie jadłem), ryb (i znowu wzruszyłem ramionami), mleka (patrz powyżej), porów-selerów (nawet nie rozróżniam jednego od drugiego) i pszenicy (oj, przecież to składnik bułki do kebaba, 50%)., cebuli (cholera!, 40%) Co fajniejsze uczulony jestem na kacze pióra, a ponad 20 lat śpie na poduszce z kaki. Zatruwam sam siebie. To tak jakby mama dosypywała mi do jedzenia ołowiu
A ter
Podsumowując 40% sensu życia. słabo,mniej niż połowa. Na studiach bym nie zaliczył. Jak dobrze, że wystarczy przejść 4 tygodniową dietę bezcukrową i mi się poprawi. (chyba będzie mnie ktoś musiał związać i karmić przez kroplówkę, bo nie wytrzymam bez słodkiego). Co gorsze przez te 4 tyg zero piwa i zapijania wódki pepsi. Ale mamy jeszcze wytrawne wino...
Nie jestem uczulony na żadne kasze, ziemniaki i sierść kocią i psią.
Na sobotnim weselu poproszę kucharza o sałatkę z ziemniaków i psich kłaków. Rozplanowując sobie dietę nię spędzę imprezy w kiblu. A może lepiej zjeść truskawki w beszamelu z pomidorów, orzechód i czekolady, ażeby uniknąć tańczenia?

Dziś w TV Cyganki Eduszy stonowana piosenka na dżezową nutę. Zespół to United Future Organization z piosenką His name is... Słychać tutaj oddźwięk Łowcy Androidów i tęsknotę za możnością konsumpcji czekolady z orzechami. Niestety same obrazki, ale muzyka dobra.


W następnym wpisie opowiem o filmach polskiego mistrza suspensu. Jego imię to Jarosław Żamojda (sprawdźcie na filmwebie).

czwartek, 24 września 2009

666 oznak zmiany pory roku.

AHA! Wystarczyło dać mi rok z haczykiem i znalazłem zdjęcie śmiesznych warzyw - od razu jest ich multum. A nie zgadniecie jak się nazywa ten obraz? Odpowiedz jest jak najbardziej oczywista: obraz nazywa się Jesień. Narysował tą jesień włoch o śmiesznym imieniu i nazwisku: Giuseppe Arcimboldo. Spojrzałem ukratkiem do Wikipedii, ażeby spojrzeć kiedy się ona zaczyna (jesień, nie Wikipedia). Więc: zaczyna się 23 września (czyli wczoraj), a pierwsze oznaki spadły na mnie dzisiaj z rana niczym 16 tonowy odważnik. Ale przecież zaraz, podobno uznaję tylko 2 pory roku, porę piwa i porę wódki? Zasadniczo, formalnie to tak, ale pobieżnie jesień też się wciśnie, bo jest najgorsza, atakuje znienacka, niczym jakiś morus w więzieniu, gdy schylamy się po mydło.
Jak to się wszystko zaczęło? Początek o płynnej masie jest wszystkim znany, więc przeskoczę do momentu, gdy dzisiaj rano wstałem a w gardle miałem straszną kupę. "być może stolec cofnął mi się z kiszek do gardła gdy spałem?" - zadałem sobie pytanie. Niestety nie, była to klasyczna kulka będąca objawem bolącego gardła. Wycedziłem jedynie "kur***a" zachrypniętym głosem. Wychorchałem do zlewu parę chorch i po przyszykowaniu się pojechałem do roboty. A w pracy? Księgowa nie słyszy na ucho, kumpel wyciera baboki w rękaw, pani kierownik pewnego działu z chorym gardłem i głosem niskim jak u Lucjana Szołajskiego mówi Dzień dobry. Zaczęło się rozpylanie. Dastin Hoffman z filmu Epidemia powiedziałby: It's airbourne. Czyli ogólnonazwana grypa zaczęła zarażać powietrznie. Dzięki mojej tytanowej odporności (wszystkie możliwe beznadziejne choroby przeszedłem w dzieciństwie) lekkie przeziębienie objawia się jednodniowym gównianym samopoczuciem i tygodniowym katarem. No i po tej oboktematycznej wypowiedzi konkluduję: nie lubię jesieni, bo wtedy, okresowo niczym pewne okresy, występuje u mnie ogólne pogorszenie stanu zdrowia.
Kolejnym aspektem jesieni są kasztany, a raczej stada głupich bachorów je zbierających. Przez okno widać jak jakieś małe dekle rzucają badylami w drzewa, żeby conieco kasztanów im spadło. Podobno nieźle płacą za wiaderko kasztanów. Być może ktoś lubi sobie poskładać ludziki z kasztanów i skupuje wszystkie z okolicy. Podobno z kasztanów robi się klej i inne cudowne lekarstwa (a jakby połączył wodę z Liska z Kasztanem? U la la...). Potem z tych kasztanów lecą liście i trzeba grabić i palić...
Medialną oznaką jesieni jest odwrócona o 360 stopni ramówka telewizyjna. Czyli zaczną się te wszystkie seriale, których poprzednie 5 sezonów zobaczyliśmy w wakacje. To jest nawet dobry askept jesieni: do snu utulać mnie będą nowe odcinki doktora Doma czy też czegoś innego.
Poza tem odechciewa mi się pić piwsko, a powolutku przestrajam się na wódkę pitą w domowym zaciszu domu.
No i ostatnia, jednocześnie najgorsza opcja. Ludziska zaczynają łapać jesienne deprechy, mają suche opisy na gadu (zupełnie nie wiem jak ze zdjęciami na naszej szkapie, pewnie jakieś emo wstawiają), narzekają że jest sucho i beznadziejnie. Nawet łinamp z włączoną szuflą generuje same smutne piosenki. A moja od dawna wyłączona część mózgu odpowiedzialna za jakieś głębsze odczucio-uczucia daje o sobie znać, że nie jest tak do końca wyłączona. I taki chodzę lekko bezsensu, lub też w nomenklaturze międzynarodowej: z dupy.
... Ale już wkrótce będzie zima: jeziorko zamarznie - więc po lodzie na plażę z flaszką będzie się szło 3 razy szybciej (a jak mawia Wój Krzych: Flaszka kończy się w połowie drogi), jak spadnie śnieg to pójdę na sanki i będzie wiele radości.

Dyrektywy kulturalne za tydzień przeszły: Byłem w kinie na Bękartach wojny - kwintesencja Kłentina Tarantino (yeah!), w dodatku w otoczce wojennej (yeah!), co daje nam The Yeah Yeahs!!! W porównaniu do Kill Billi i Death Prooh to film ten jest arcydziełem... to bardzo dobrze.

Dziś w TV Cyganki Eduszy oczywista piosenka na oczywiste czasy Kury - Jesienna Deprecha. Zapraszam!


A w następnym wpisie opowiem jak radzić sobie z kryzysem gospodarczym za pomocą młotka, pilnika , rakiety do tenisa i tuzina gwoździ.

wtorek, 1 września 2009

Luminoforyczny zadek

Dzisiejszy wpis opisujący moje szalone życie powstał pod wpływem pewnych obserwacji, najmocniejszego argumentu świata (Kasztelana Niepasteryzowanego) i chęci dokonania wpisu w dniu rozpoczęcia rokku szkolnego. Opisywać on będzie moją życiową przygodę z pewną czynnością po której pewnym osobom świeciły się pośladki. Od razu ciekawostka: tak, to jest moja 1/3 część dupy na tym zdjęciu. No to lecimy:
W zamierzchłych czasach (czyli na studiach) należałem do sławno-niesławnego grona osób, które w ramach swoistego hobby lubiło obrabiać ludziom dupska, niezależnie czy im się należało, czy nie. Jak to wtedy lubiłem zawołać, nie było to obrabianie komuś dupska, a jedynie: określanie rzeczywistości. A w rzeczywistości było to klasyczne (niczym pozycja klasyczna) obrabianie dupska. Oczywiście w pewnym przystosowanym do tej czynności grupy ludzi. I jak zwykle z takich czynności, wychodziły przeróżne syfy i komplikacje.
Lata świetlne minęły, grono się rozpadło i nagle wchodzi mama z chęcią obgadania jakiejśtam ciotki i nagle zaskakuje mnie moja reakcja.... Nie podoba mi się to, źle się z tym czuję, nie mam chęci ciągnięcia beznadziejnej rozmowy. Aż sam się zdziwiłem. Aż mnie wyginało jak słyszałem takie i owakie rzeczy i kompletnie nie miałem ochoty słuchać dalej, kwitując rozmowę: mama, nie chcę tego słuchać. Ponownie, gdy w jakimś gronie znajomych ktoś zaczął temat powodujących u osoby obgadywanej świecenie pośladków: nie chciałem tego słuchać i skwitowałem jedynie (nie ciągnąc rozmowy): nie lubię tego chu*a.
Dziwne. Nie mamy przecież końca roku, żeby założyć sobie postanowienia noworoczne, których i tak nie spełnimy. Ale łącząc fakty ograniczyłem się w piciu Pepsi (jedna puszka tygodniowo, a ostatnio nawet 0 puszek tygodniowo). A więc idąc dalej: Pepsi powodowała u mnie skłonność do obrabiania dupy innym. Tematów do rozmowy z pewnym gronem będę miał mniej (whatever), ktoś skasuje moje dane osobowe z hasła na Wikipedii: obrabianie dupy, stracę na popularności. Nie obchodzi mnie to.
Reasumując: Czy jest to publiczne bicie się w pierś? Tak. Czy jest to postanowienie poprawy? Tak. Czy jest to zaprzestanie od nowego miesiąca masturbacji? Nie...

Ale z dobrych rzeczy: nie utraciłem zdolności do ekshibicjonizmu na każdej imprezie (ostatnio imitowałem nieopalonym pośladkiem flagę Turcji).

Dziś w TV Cyganki Eduszy nawet klawy kawałek Foo Fighters - Long Way to Ruin. Jest jeszcze inny teledysk ja Tubie, ale perskie prawa autorskie nie dają linka. Zapraszam:

A w następnym wpisie opowiem ile razy wstawiłem teledysk Beastie Boys - Off the grid i ile razy na koniec posta mydliłem oczy o tym, że Ziemia ma kształt banana. Od razu odpowiem, że po 2 razy...