wtorek, 31 maja 2011

Ciekawa anomalia pokarmowa

Dzień dobry wszystkim podatnikom. W tak piękny i upalny dzień aż nie chce się pisać nic na blogasku, ale zobowiązania wobec reklamodawców zobowiązują. Yhym... A tak na serio jest za ciepło żeby siedzieć w domu i pisać wpisiki na blogasku. Należy wyjść na dwór napić się zimnego Kasztelaniego, posiedzieć nad jeziorkiem - i to jest słuszna koncepcja!
Swego czasu opowiadałem wam o Człowieku Rurze, który zaliczał się do osób z anomaliami pokarmowymi (układ trawienny składający się tylko z rury). Dzisiaj opowiem wam o innym, ciekawszym, acz bardziej skomplikowanym przypadku: Człowiek Dupa Na Brodzie. Przedstawiony poniżej przypadek jest czysto teoretyczną wariacją na temat, co by było gdyby wycierając nos podcieralibyśmy tyłki za jednym zamachem. Tak skomplikowana anomalia pokarmowa narodziła się na pewnym wykładzie na Politechnice Poznańskiej, gdy pewnej koleżance zamiast codziennej dawki kusiek i pindoli w notatkach narysowałem Kirka Douglasa (tego aktora, wiecie, nie?) wraz z przekrojem na organy.
Koleżanka zapytała, kto to i co to? Odpowiedź była jak najbardziej prosta: Człowiek Dupa. Spójrzmy a brodę Kirka - no dupa, no. Jednak wraz z tyłkiem na brodzie osoba posiadająca tą anomalię posiada również niezły talent aktorski i poczucie humoru ważące 16 ton. O poczuciu humoru świadczy ten pan:
Ten pan to Chevy Chase, który również ma wydatny tyłek na brodzie. Jest jednym z najlepszych komików hamerykańskich, a kto nie widział Szpiegów Takich jak my co najmniej 20 razy niech szybko i idzie dobejrzeć te 19 powtórzeń. Na koniec zaproszę do obejrzenia skanu obrazka z pewnej gazety medycznej, która swego czasu opisała przypadek Kapitana Dupobrodego (he, dobre):
Jak widzimy na załączonym obrazku: przełyk, żołądek i reszta układu trawiennego są standardowe. Sprawa komplikuje się przy jelicie grubym, które odbija nagle do góry i wraca z powrotem do głowy. Zwieńczenie jelita grubego, kiszką stolcową zwane ląduje w zagłębieniu w brodzie. Jakie to nie higieniczne. Należy oddać twórcy obrazka za wierność detalom organów i doskonałym zachowaniu proporcji...
Wniosek: jeżeli wasze dziecko urodzi się z dupą na brodzie oznaczać to może, że będzie wielkim aktorem (zagra w Spartakusie 2) lub poczuciem humoru zabijać będzie na wstępie. Nie ma się co bać, bo ja też mam lekką dupę na brodzie i staram się ją maskować kilkudniowym zarostem (w postaci niegolenia się przez 2 tygodnie) lub nosząc golfy. Pod golfem schować jeszcze można 2. i 3. podbródek, ale o tym w pewnym następnym wpisie.

Dyrektywy kulturalne: Za 9 dni koncert Iron Maiden (obecność obowiązkowa!!!). Już mi noga tupie na samą myśl i chyba trzeba będzie się nauczyć piosenek z 3 ostatnich płyt bo nie jestem z nimi za pan brat. Koszulka już dotarła. Ma piękny ornament i klimatem nawiązuje do utworów grupy nagrywanych na kasety magnetofonowe. Nic nie oglądam, nic nie słucham. Aha: w czwartek na fabryce którą uruchamiamy zląduje premier Tuskinio. Trzeba będzie wykonać jakiś happening z Panem Premierem.

Dziś w TV Cyganki Eduszy metalopudle. Pewien antyczny teledysk do piosenki, która w oryginale trwała 15 minut (pół strony kasety 60), a w wersji dla TV wycieli co smętniejsze momenty. Wprawione oko wyłapie w teledysku prześwitującą sukienkę pewnej laski, która ze względu na uwarunkowania geograficzne nie jest taka brzydka (bo to niemiecki teledysk). Zapraszam! (właśnie obejrzałem ten teledysk i stwierdzam, że jest więcej lasek z przezroczystymi sukmanami i dekoltami do kolan, a wokalista ma tytułową dupobrodę, cóż za zgranie!)

W następnym wpisie opowiem o tym jak w Holandii robi się w hotelu kolację z rzeczy wyniesionych ze śniadania - taki poznański tryb w Holandii.

czwartek, 19 maja 2011

Silne pole magnetyczne w mózgu vs. pamięć

Dzień dobry. Chciałem wydać z siebie pewne oznaki życia... ale co to za życie. (NOT!) Ostatnio trochę mi się nic nie pisało. Związane to było z kompletnym brakiem czasu, pewną fuszerką na zdrowiu i lekkim wzrostem wskaźnika obiboczenia na godzinę.
Podczas moich słynnych europejskich włajaży przetestowałem swój wbudowany kompas, który, jak wielu moich znajomych twierdzi, jest w zaniku, albo wcale go nie ma. Czymże jest orientacja w terenie? Dla mnie to po prostu postawienie samochodu na parkingu, w mieście, którego nie znam, połażenie sobie po mieście i wrócenie do samochodu bez problemu i szwanku. Możliwe, że nie chodzi tu o jakiś kompas, a o dobrą pamięć: gdzie, w co i jak skręcaliśmy.
A jak to jest z kosmopolitycznym Pawłem? Najlepszym przykładem będzie pewna anegdota, którą opowiadam gdy przez moje ręce przewinie się kilka pełnych butelek piwa. No to: dawno, dawno temu, na pierwszych dwóch latach studiów chodziliśmy do pewnej knajpy na dęsing (ja podobno nie tańczę). I za każdym razem się pytałem kumpli jak się wraca do akademika. Droga była prosta jak świński ogon: wystarczyło iść wzdłuż torów tramwajowych. I tak przez 2 lata sobie chodziłem... raz zamiast do akademika doszedłem do lasu i komina ciepłowniczego. Mógłbym przysiąść, że z lasu słyszałem wyjące wilki i inne rzadkie okazy zwierzyny leśnej. Kiedy indziej jak jechałem do pewnej koleżanki, to policzyłem sobie, żeby wysiąść na 11 przystanku, a po 5 przystanku zapomniałem który to przystanek. Bo wiecie... ja mam pamięć dobrą ale krótką. A to w Toruniu postawiłem samochód i potem myślałem, że mi go ukradli, a tak na serio to pomyliłem ulice. Bo wszystkie te kamienice w Toruniu to tak samo wyglądają... Nie? Jak byłem na wczasach we Francji to w ręku ściskałem wydrukowaną mapę miasta. Ściskałem tak mocno, że tusz został na ręku. Paweł sam w Metrze... brzmi jak kolejna część przygód o Kevinie. Na szkoleniu w Holandii miałem automapę. Krzyś Hołek podpowiadał mi z kieszeni jak iść, i chyba miał zły dzień, bo czasem mu się pomyliło.
.. aż pewnego razu zapomniałem GPSa i wypuściłem się na stare miasto. Wypiłem w knajpie piwo za 5,5 ojro (taniocha) i stwierdziłem, że można by wracać do domu. Ryję w plecaku, a gpsa brak. I teraz odświeżenie pamięci jak szedłem? Pamięci brak... A stare miasto w Holandii to okrągła rzeczka, a w środku pajęczyna ulic. No ale kółko nie ma początku, ani końca to idąc po krawędzi dojść można do jakiegoś charakterystycznego punktu. YES! Doszedłem do kościoła i prosto na dworzec. I nie spędziłem nocy pod gołym niebem, albo schowany pod plandeką na łódce.
No dobra, a teraz morał z amerykańskiego filmu: jak sobie poradzić jak silne pole magnetyczne w prawej półkuli zakłóca kompas w lewej półkuli? Nijak. Na to nie ma ratunku... co najwyżej usunąć prawą półkulę. Ja to sobie zawsze wybieram coś charakterystycznego i wysokiego i jak się kompletnie zgubię to ... to wiecie sami: wracam po torach.
Chyba wystarczająco się zareklamowałem jako przyszły mąż...

Dyrektywy kulturalne: Była Francja i Holandia, a za jakiś czas będzie Litwa. Pamiętajcie, żeby będąc na litwie zjeść łabas drutas kałakutas, czyli tłustego indyka. W kinie nie byłem od 100 lat, a muzycznie polecę wam antyczną płytkę Overkill - Under The Influence (tam jest taki megaszlagier Hello From The Gutter).

Dziś w TV Cyganki Eduszy przeklawy urywek jednego z najlepszych multimedialnych polskich wynalazków: P.I.W.O, czyli Potężny Indeksowany Wyświetlacz Oknowy, a w nim mój (od niedawna) idol: Robert Burneika. Siła!

W następnym wpisie podam przepis na Rakiet Fjul przy wykorzystaniu składników z lodówki i apteczki dziadka.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Poradnik dla niesmiałej kobiety

Dzień dobry, a nawet bonżur. Po pewnej dłuższej nieobecności spowodowanej czynnikami zewnętrznymi i urlopem postanowiłem coś skrobnąć.Po głowie myśli przetaczały się z prędkością kępek krzaków latających na pustyni i na westernach. Na pomysł tego co napiszę poniżej wpadłem miesiąc temu, gdy szykowałem się do moich francuskich wojaży. Przed wycieczką należało wszystkie lepsze rzeczy wsadzić do pralki i mówiąc lepsze rzeczy chodzi mi również o skarpety bez dziur (cebulami później zwanymi). Dzień przed wyjazdem chodziłem w kompletnie niemodnych i nieIndie ciuchach, a na nogach miałem skarpety, które procentowa zawartością materiału przegrywały z procentową zawartością cebuli. Tego samego wieczora przyszło do mnie 2/3 Zacnego Tria w celu pożegnania mnie Kasztelanem Niepasteryzowanym, a nawet dwoma. Patrzę i widzę, że Maciej ma nieśmiałą cebulę na palcu, a Ron ma delikatną cebulę na pięcie. Rzekłem do nich: Przebijam was obu razem wziętych zawartością cebuli na mojej skarpecie. Następnie pokazałem spód stopy. Gdy emocje już opadły i otworzyliśmy pierwszą Niepasteryzację opowiedziałem pewną anegdotę z czasów studiów....
... Na II roku studiów, pewien zacny kolega z pokoju w akademiku miał pewną dziewczynę. Co jakiś czas się odwiedzali, a jak kolega szedł do pani to mył się 2h, stroił na bóstwo i zakładał nieskazitelnie białe i kompletne skarpety. Aż tu razu pewnego drzwi od pokoju w akademiku się otwierają i wchodzi dziewczyna kolegi, tak bez zapowiedzi i uprzedzenia. On ubrany w portki od dresu i jakąś wyliniałą koszulkę. Najgorsze było to, że na nogach miał ultra-cebule. Kolega jak zobaczył swojego misia tak się speszył, że prawie złożył nogę w pół w laczku, żeby tylko nie widziała jego wyliniałych cebul. Historia skończyła się szczęśliwie bo miś nie posiedział za długo, a kolega nie wstał zza stołu...
I teraz przechodzimy do części dydaktycznej posta:
Nieśmiała kobieto jeżeli chciałabyś wiedzieć czy chłopak ma co do Ciebie dobre zamiary i jest tobą zainteresowany zwróć uwagę na jego skarpety. Im bardziej skompletowane, pod kolor i bez cebul, tym większe masz u niego szanse. Gdy chłopakowi na kimś zależy to zakłada dla tego kogoś całe skarpety. Sam tak miałem jak dawno i nieprawda temu pędziłem do Torunia - kompletna skarpeta musiała być. Wielkie poświęcenie co? Bo należy pamiętać, że cała skarpetka w garderobie mężczyzny to cenna zdobycz.
Inaczej sprawa się ma gdy para jest już po ślubie. Można pozwolić sobie na odrobinę niechlujstwa i założyć cebulę. Bo to działa w 2 strony: żona mniej o siebie dba i tyje, a mąż chodzi po domu w dresowych spodniach, koszulce ala John McLane i skarpetach z cebulą. I tu kolejna anegdota opowiadająca jak to małżeńskie pary znają się na wylot i wzajemnie uzupełniają:
Całkiem niedawno mama urządzała w domu imieniny. Zeszli się goście i w przedpokoju stoi pewna para małżeńska. Tata zaprasza do wspólnej zabawy pod tytułem nie ściągajcie butów. Na co małżonka gościa mówi: Jasiu, ściągaj buty, całe masz skarpety.... To było piękne - doskonałe uzupełnianie się w związku.

Mam nadzieję, że powyższym tekstem poprawiłem humor wielu nieśmiałym kobietom, do których przychodzą koledzy w niepodziurawionych i nowiuśkich skarpetach.

Dyrektywy kulturalne: Na urlopie we Francji było super. Ceny zabijają poznańskie ceny , ludzie nie za chętnie mówią po angielsku, a francuzki ... cisza... cisza... mogłyby bardziej o siebie zadbać. O tym jak tak szczęśliwie i kolorowo opowiem w następnym poście. Za 3 tygodnie globtrotter Paweł wyrusza do Holandii - kraju opodatkowanych burdeli i narkotyków z banderolą. O tym jak było dowiecie się wkrótce. Do posłuchania zaproponuję wam najnowsze poczynania Iron Maiden, bo bilety na koncert już są!!!!

Dziś w TV Cyganki Eduszy zaproponuję Państwu skoczną piosenkę zespołu Velvet Revolver pod zaskakującym tytułem She Build Quick Machines. Zapraszam do tupania nogą, bo współczynnik skoczności piosenki osiąga wysoki procent.

W następnym wpisie opowiem o tym jak jedzenie Francuzów niewiele różni się od jadłospisu Beara Gryllsa.

środa, 16 marca 2011

O czym oni śpiewają, cz. 7 - Aaaaaaaaa

Dobry wieczór riebiata (to po rosyjsku dzieci). Przymierzam się do napisania kolejnego posta w celu wyrobienia miesięcznej normy już od dłuższego czasu. Co coś rano wymyślę to w pracy zapomnę. Dzisiaj stojąc w codziennym, powrotnym i powszednim korku zanuciłem pewną piosenkę z czasu studiów, którą zna pewne grono osób (w tym członkowie ŚAKFu) - grono z naszej zacnej ferajny ze studiów i zapewne wiele tęgich głów ze Śremu...
Jak to było: Blablabla płynną masą.... bełkot bełkot... w 2003 r. trafiłem na studia, zapisali mnie do pewnej zacnej grupy A3, a w niej było dwóch kolesi: Pewien Paweł i Pewien Jędrzej - pogrywali oni sobie w Pewnej Kapeli, a w zasadzie stanowili jej 2/3 i trzon. Paweł na śpiewie i basie, Jędrzej na wieśle, a na perkusji grał jakiś koleś. Z perkusistami to jest tak, że albo są debilami, albo odchodzą z zespołu, albo znikają i nie oddają kasy (jak ktoś oglądał Spinal Tap to wie o co chodzi). Zespół ten grał sobie lokalnie w Śremie (bo z tej niedoszłej stolicy Polski pochodził) i w Poznaniu. Parę razy uczęszczałem na ich koncert i miło ten czas wspominam. Muzycznie grali mocnego rocca z dużą domieszką i fascynacją Toolem. Co koncert odgrywali swój mocny materiał: 95% piosenek po angielsku oraz Pewna Piosenka po polsku. Zwała się ona Popkarlin. Pochodzenia tytułu nie znam, ale jak wiadomo: Pop to ksiądz prawosławny, a Karlin to ksywa basisty , i wokalisty (Pawła). Wielu znajomych twierdzi, że Karlin powinien zostać świętym za życia (mega dobry człowiek i świetny realizator nagrań i koncertów). Piosenka ta nijak nie pasowała do reszty utworów, ale wykładniczo wpadała w ucho. Do posłuchania TUTAJ. Zapraszam do wysłuchania... A teraz analiza jej treści:


czarna woda płynie w biel
To takie przewrotne lekko stwierdzenie. Ziemskie podejście do zdania mówi mi jedno: Chłop pracuje na oczyszczalni ścieków. Tam zdarza się cudowne przejście czarnej wody w biel...

czas ucieka nie czuję się
O tak! Miewam to co łikend (gdy nie mam dyżuru) - niesamowite uczucie, gdy budzę się rano i potrafię chuchnąć sobie smrodem po przepiciu przez zamknięte usta. Dźwig budowlany podnosi moją głowę, a jedyne co przyjmuje mój organizm to lewatywa z ziół (też tak macie z tą lewatywą?).

stoję wśród znajomych lic
stoję tu lecz nie bawi mnie nic
Miałem tak kiedyś jak się spotkaliśmy po dłuższym czasie ze znajomymi. Wiecie jak to jest: zgrana paczka, a kilka lat późnioej zupełnie nie ma o czym gadać: jedni o biznesach, inni o funtach, jeszcze inni o jakichś bzdetach.

dlaczego więc wokół mam tylko siebie
omija mnie czas i znowu jestem sam
Tu zaczyna się refren: Nie trudno się dziwić, że jest sam: bije mu z kija po przechlaniu, robi na oczyszczalni. Oj podmiocie liryczny... weź się za siebie. Z tym omijaniem nas przez czas też bywa po przechlaniu. Leżymy albo siedzimy, chcemy się za coś zabrać, jednak nijak nie można. I tak zlatuje nam sobota, i tak zlatuje nam niedziela. Bo kac nieleczony może trwać 2 dni. A leczony tydzień, albo odwrotnie...

mam tylko nadzieję że lepiej jest tam w niebie
ja nie chcę się znaleźć gdzieś wśród innych ale
gdy jestem sam
Ostatnia część refrenu, to taka zagadka słowna, której nie jestem w stanie rozgryźć. Zapewne autor nieźle się nagłowił, żeby ją ułożyć, a na okładce demówki, zawierającej ten kawałek jest jakiś drobny konkursik audiotele: "Co znaczą ostatnie 3 wersy refrenu w Popkarlinie"

stop zatrzymał mi się dzień
do snu daleko kto da mi sen
II zwrotka to kolejne narzekanie na Kaca Giganta. Podmiot zapytuje czy ktoś może mu dać coś na sen. Najlepszym sposobem na wprowadzenie się w stan śpiączki farmakologicznej to ciągłe chuchanie sobie w twarz przetrawioną wódą.

chcę odnaleźć zwykłą nić
chcę powiedzieć
pomóżcie mi
Po omacku na kacu Podmiot poszukuje najzwyklejszej nitki, zapewne w celu zacerowania cebuli na skarpecie. A zacerowane skarpety u mężczyzny świadczą o jednym: ma dziewczynę i się do niej wybiera. Więc w II zwrotce sytuacja mu się poprawia. Nawołuje on jednak o pomoc, bo nie umie sobie zacerować skarpet.

Aaaaaaaa! i refren
I tu najfajniejsza część, to słynne Aaaaaaa! Jak byliśmy nawaleni, a Karlin chwytał za pudło to się zapytywał co ma zagrać/zaśpiewać. Zawsze chóralnie odpowiadaliśmy mu: Aaaaaaaa! Bez pytania i dwóch zdań zaczynał grać Popkarlina.

Podsumowanie: Ciężko ma Podmiot Liryczny (mam nadzieję, że Karlin się z nim nie utożsamiał, bo nic nam nie mówił o pracy w oczyszczalni. Czasem się z nami napił, czasem biło mu z buzi wódą, czasem miał cebule na skarpecie i czasem miał Misia): pracuje w oczyszczalni, zalewa smutki tanią wódą i ma permanentnego kaca. Ma dziewuchę, ale małe zarobki i chlanie nie pozwalają mu na zakup nowych skarpet. Nieumiejętnie ceruje stare cebule i nawołuje o pomoc, może gitarzystę Jędrzeja?
Nie zmienia to faktu, że to kawał klawej piosenki i obowiązkowo umiem ją grać na gitarze. Zapraszam do odsłuch bo warto!

Dyrektywy kulturalne: Jutro czwartek, w pracy obiad czwartkowy, od poniedziałku Wielkie-Uruchomienie-Największej-Fabryki-Kwasu-W_Europie, a nam biednym uruchamiaczom szykuje się praca na 3 zmiany przez tydzień. Ale... od za-tydzień-piątku idę na zasłużony 2 tygodniowy urlop, a w nim: Spontaniczny Paweł jedzie na 10 dni do Francji. Dokładniej do miasta rodzinnego Żana Miszela Żara - Lyonu!! Hell Yeah! Opowiem wam jak jest po francusku Zjesz ze mną kebab z dworca? W piątek szykuje się wizyta w kinie na Jeżu Jerzym - po zachęcającym trailerze i ziomalskim teledysku czas na wizytację filmu. Opowiem kto zabił i czyim ojcem jest Lord Vader...

Dziś w TV Cyganki Eduszy zapowiedź Wielkiej Podróży i wizyty w krainie jadalnej żaby i pleśniowego sera, czyli piosnka grupy Desireless - Voyage Voyage. Jakby się przyjrzał, to ta kobiecina co śpiewa ma wąsy i lekkie rysy męskie, a może to chłop? Jabłko Adama skrzętnie skryte pod golfem? W popieprzonych latach '80 nie wiadomo było kto chłop, a kto baba.... Zapraszam do śpiewania refrenu (bo z pewną koleżanką to sobie to przed podróżą nucimy). Włajaż, włajaż, lalalala, bełkot, bełkot....

W następnym wpisie postaram się udowodnić, że coś takiego jak wegetariański kebab nie ma miejsca bytu w naszym i równoległym świecie.

czwartek, 3 marca 2011

Czwartkowe tradycje

Czas zapoczątkować kolejny miesiąc przy użyciu kolejnego, przepełnionego optymizmem i dobrą radą szalonego wpisu. Za oknami nieśmiało wygląda wiosna (bardzo, bardzo nieśmiało), ceny paliw osiągają kolejne rekordy, a dzisiaj mamy czwartek. Bo nie jest to zwykły czwartek - to tłusty czwartek (z jęz. niemieckiego Fetten Donnerstag). Dzień w którym nie liczymy kalorii (magia świąt) i wpieprzamy ile wlezie niezdrowego i tłustego żarcia. Ja tu się rozwodzę o diecie 1000000 kalorii, a chciałem opowiedzieć o czymś zupełnie innym... Aha.. co do obrazka: powoli budzi się we mnie Syndrom Królika Wielkanocnego, więc nawet w pączkach widzę sprośności.
Powracając do myśli przewodniej posta: należy się cofnąć do 18 wieku, w którym to wieku na Dworze króla Stanisława Augusta spotykali się aaartyści, myśliciele i inne tęgie głowy. Spotkania te nazwano obiadami czwartkowymi. Następnie mamy ponad 200 lat ciszy i nieobecności Czwartkowych Tradycji. Aż pewnego czwartkowego wieczoru, w Poznaniu, w akademiku nr 4 Politechniki Poznańskiej kilka umysłów ścisłych umówiło się na wódkę. Ja też tam byłem, lecz niewiele pamiętam, pewnie było zbyt epicko, aby mój prosty umysł ścisły mógł ogarnąć tak wielką wielowątkowość imprezy. Wydaję mi się, że uczestnicy tej imprezy powinni się spotkać jeszcze raz i powtórzyć ją scena po scenie (zwłaszcza Człowiek Imprezka, który na starcie wypił 3 VIPy i następnie wyrzygał ich 5 i poległ na wersalce do miski przytulon). Aż nie wiem co dalej pisać, bo za każdym razem jak pomyślę o tym wieczorze, to się głupio uśmiecham. Ale: Następnego dnia, pewien kolega, zwany Mistrzem Iluzji (bo w kulminacyjnych momentach imprezy znikał gdzieś na rzyganie) odrzekł do mnie: Wujku Samo Zło (bo tak na mnie wołał), kiedy następny Obiad Czwartkowy? I jakby wywróżył, bo następny obiad czwartkowy był za tydzień w czwartek. A na nim? Gril, świeżourobiony spiryt ze Sprajtem i moja dwugodzinna drzemka ryjem w kocu. Podobno z moich pleców osoby trzecie urządziły sobie stół. Mistrz Iluzji znowu zniknął, a ja jak sięgam pamięcią do tego wydarzenia to nie chcę go puścić... Czas mijał, Obiady Czwartkowe odbywały się coraz rzadziej - paczka się rozpadła (jedni gonili za funtami, inni za złotówkami, inni się zakochali po uszy), ale niesamowite wspomnienie zostało. Czemu to nie był piątek? Nie wiem.. ale zazwyczaj w piątki o tej porze siedziałem w pociągu i dyskretnie udawałem się na Kujawy. Mogę wam powiedzieć, że żadna poniedziałkowa, wtorkowa, środowa, piątkowa, sobotnia czy niedzielna impreza nie prześcignęła rozmachem obiadów czwartkowych... Jesteśmy tradycjonalistami, wiernymi historii.
Po 5 latach niebytu idea Obiadów Czwartkowych zaczęła się odradzać. - początkowo niewinnie - od zamówienia podczas pracy kebaba z Guliwera. A potem co czwartek jakieś jedzonko dowożone z przeróżnych knajp (ostatnio dominuje chiński KantonoPonton). Nie ma już litrów alkoholu, nie ma zbiorowej amnezji, ale jest dobra atmosfera i kupa śmiechu. Po każdym czwartkowym posiłku załączamy stoper: kogo pierwszego zapiecze po raz drugi posiłek... Moglibyśmy jeszcze załączać termometr: do jakiej temperatury pierwszy nagrzeje deskę w kiblu.
Pewnego razu, pewnego Czwartkowego Obiadu, gdy radośnie zajadaliśmy się chińczykiem do pokoju wszedł pewien dyrektor i zapytuje: A co wy tam jecie? A my mu na to: Obiady czwartkowe...Wywalił oczy i się uśmiał.... a teraz lecę, bo Ciocia Agnieszka uszykowała zacnego grzańca.

Dyrektywy kulturalne: Urządziłem sobie w tym tygodniu Oskarowy Maraton: wymęczyłem Człowiek który chciał zostać królem i od kilku dni zasypiam jak dziecko przy Prawdziwym męstwu. Na podglądzie przejrzałem Czarnego Łabędzia i zobaczyłem obleśne stopy Natalki. Fee. Muzycznie polecę wam płytę brytyjskich metali Judas Priest pt. ram it Down. Niezły wykop i czadowy kołwer szlagieru Czaja Berryego.

Dziś w TV Cyganki Eduszy (jak łatwo się było domyśleć) kołwer omówiony 2 linijki wyżej. No to: Judas Priest - Johnny be goode. Rakietka od tenisa w dłoń i biegamy po pokoju!

A w następnym wpisie opowiem jak jest po francusku Napijesz się ze mną Kasztelana Niepasteryzowanego?