Dzisiejszy szalony wpis powstał po raz kolejny z braku laku i konieczności wyrobienia miesięcznej normy. Patrząc wstecz (niczym w piosence KSU Hej to znowu my!) rok temu miałem w marcu 3 wpisy, a 2 lata temu nie miałem jeszcze bloga. Więc średnia równa się średnia. Po chwili przemyślen, zauważam, że mam powód do napisania tego wpisu. Tydzień temu pewne państwo młode, które wczoraj miało okrągły roczek stażu (papierowe gody), przyjechało do naszego zacnego domu pewnym przezacnym samochodem. A jaki to samochód? Odpowiedz jest jak zwykle banalna: Fiat UNO, jeden z najwspanialszych samochodów kuli ziemskiej, limuzyna dla zwykłego zjadacza chleba, poligon doświadczalny dla początkującego mechanika, blacharza i elektryka, auto terenowe, osobowe i rodzinne, krążownik szos, postrach jeży i grzybów marki olszówka w lesie. UNEM nie jeździłem prawie rok i podczas szalonej i słitaśnej wizyty pary młodej postanowiłem się przejechać tym czerwonym klamotem, w którym stawiałem pierwsze kroki (jeszcze nie taneczne) w szeroko pojętej motoryzacji. Naśrubowałem całe 10 kilometrów, popłakałem się jak dziecko, któremu rodzice nie chcą kupić zestawu Lego komenda policji. Bo przecież, to był mój słitaśny łUNOchód, o którym powstało kilka ciekawych rymów/parafraz piosenek:poniedziałek, 22 marca 2010
Czterokołowy Afro-dyzjak
Dzisiejszy szalony wpis powstał po raz kolejny z braku laku i konieczności wyrobienia miesięcznej normy. Patrząc wstecz (niczym w piosence KSU Hej to znowu my!) rok temu miałem w marcu 3 wpisy, a 2 lata temu nie miałem jeszcze bloga. Więc średnia równa się średnia. Po chwili przemyślen, zauważam, że mam powód do napisania tego wpisu. Tydzień temu pewne państwo młode, które wczoraj miało okrągły roczek stażu (papierowe gody), przyjechało do naszego zacnego domu pewnym przezacnym samochodem. A jaki to samochód? Odpowiedz jest jak zwykle banalna: Fiat UNO, jeden z najwspanialszych samochodów kuli ziemskiej, limuzyna dla zwykłego zjadacza chleba, poligon doświadczalny dla początkującego mechanika, blacharza i elektryka, auto terenowe, osobowe i rodzinne, krążownik szos, postrach jeży i grzybów marki olszówka w lesie. UNEM nie jeździłem prawie rok i podczas szalonej i słitaśnej wizyty pary młodej postanowiłem się przejechać tym czerwonym klamotem, w którym stawiałem pierwsze kroki (jeszcze nie taneczne) w szeroko pojętej motoryzacji. Naśrubowałem całe 10 kilometrów, popłakałem się jak dziecko, któremu rodzice nie chcą kupić zestawu Lego komenda policji. Bo przecież, to był mój słitaśny łUNOchód, o którym powstało kilka ciekawych rymów/parafraz piosenek:niedziela, 28 lutego 2010
Bella czy Italia?
Witam wszystkich serdecznie w ostatnim dniu ulubionego miesiąca wszystkich skośnookich mężczyzn. Jako, że terminy gonią, czas ucieka, a tematów do napisania jakiegoś sensownego wpisu jest tak dużo co dni w tym miesiącu (czyli mało), to postanowiłem oprzeć mój dzisiejszy w(z)ywód na pewnej antycznej historii, opisującej męski punkt widzenia na pewne sprawy i być może rozwiązujący wiele damsko męskich konfliktów. Nie zaczynając od "A więc,":A więc, many many years ago, wraz z kompanem do picia Jędrkiem staliśmy sobie w biedronce za alkoholem (przyznam się bez bicia, że był to Keleris, znany obecnie jako Amarena). Dodam jeszcze, że był to okres początku sylwestrowego szaleństwa. Staliśmy sobie w kolejce do zapłacenia za kilka Kelerisów i naszła mnie pewna myśl, którą od razu zamieniłem w czyn, wypowiadając ją na głos. I tak nie mówiąc rzekłem: Słuchaj Jądro: Keleris przy dobrych wiatrach kosztuje 3,40zł. I jaki on jest? Butelka po 0,7 wódki (być może z odzysku), krzywo przylepiony papierek, wydrukowany za pomocą 2 kolorów, miedziany, źle spasowany kapsel... A teraz przyjrzyjmy się szampanowi z Reala za 4zł: Ładna zielonkawa ciemna butelka, papierek, na którym w kilku kolorach (w tym złoty) wydrukowane jest po rosyjsku coś pod deseń: szampańskoje igristoje; plastikowy korek, pazłotko z czekolady na wierzch. I zaczęliśmy rozważać, co powinno być smaczniejsze. Szybkim kosztem wyszło nam, że oczywiście Keleris. No bo przecież cały koszt produkcji poszedł w zawartość obleśnie wyprodukowanej butelki. A szampan? Zapytał nagle ktoś z tłumu. No tak, podział kosztów w szampanie: 90% szato butelka, 10% zawartość. Więc od razu widać, że nasze szampańskoje to szczyny i będzie nas bolała głowa. Niestety po Kelerisie też bolała...
I teraz zadajemy sobie egzystencjalne pytanie, które z góry skazuję na bycie pytaniem retorycznym: Czy praktyczność, czy elegancja produktu? Wiadomo że praktyczność (dowiedziona już 2 posty temu). Dzięki praktyczności mężczyźni mają jeden wygodny garnitur, parę koszul, wygodne 2 pary butów i ulubiony podarty i upaćkany podkoszulek w którym uwielbiają chodzić po domu. A dziewoje co mają? Szpilki od których kręgosłup przybiera kształt klucza wiolinowego, sukienki, które po kilku godzinach uciskają. No tak, nie wszystkie, są wyjątki co mają również lekko ztyrany podkoszulek o dziurawe dżinsy do chodzenia po domu. Klasyczna sprzeczność płci, z której to powodu rodzą się konflikty, sprzeczki, wypowiadane są słowa Odchodzę. Np: w jakimś sklepie meblarskim para ogląda mebel, dziewczyna zachwycona, bo śliczny beżowy, ze ślicznym tjulem, abażurem i wzmacniany fiszbiną (więcej słów których nie rozumiem nie jestem sobie teraz w stanie przypomnieć). Mebel śliczny, ale za to okrągły, niski i zmieści się do niego co najwyżej karzeł w bikini. Oczywiście cena produktu bije po twarzy i portfelu. Chłop odpowiada na to: niepraktyczny, drzwiczki są na wysokości mojej twarzy, więc będę po pijaku w nie uderzał głową, nie zmieszczą się tam butelki z wódką, nie wejdą płyty z pornolami na DVD, jest okrągłe, nie wiem co to tjul abażur i fiszbina... Zaczyna się kłótnia, zaczynają się kłopoty. A gdyby projektant z Paryża dodał odrobinę praktyczności do mebla? Ktoś by umarł? Może to była projektantka, albo projektant gej... A z drugiej strony, kupię do pokoju meblościankę Jolanta, wykonaną z płyty paździerzowej i kosztującą 300zł, to co powiedzą moi znajomi, którzy podatek Vat rozliczają w Funtach? Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi.
Od jutra rusza wielki remont drogi dojazdowej do pracy, bo dziury w drodze są niesamowicie duże (z praktycznego punktu widzenia mogłem sobie kupić terenówkę, np. tanią Ładę Nivę). Kupiłem co innego. Ale najczęściej wybieram praktyczne rzeczy (poza paroma wpadkami zakupowymi). Mówiąc ogólnie jestem Praktyczny Ali.
Dyrektywy kulturalne: Odliczanie do koncertu ACCA/DACCA trwa (3 miesiące bez jednego dnia). Wybieram się do kina na nowy film Wielkiego Gentelmana, co o wiek nie pyta: Romana P. Może będzie ciekawy, a może nie. Uczę się na pamięć dyskografii Anthraxa, bo będzie on atrakcją kolejnej Wielkiej Erekcji, 20 dni po Wielkiej Erekcji z Acca/Dacca.
Dziś w TV Cyganki Eduszy pewien elektronisze kawałek, którego motyw przewodni chodził za mną 8 lat i nie znałem jego tytułu, do niedawna. Całkiem miły w odbiorze (za sprawą miłych pań). No to: Moguai - U know Y. Zapraszam:
W następnym wpisie przedstawię przepis na kryzysową zupę bazującą na kleju mącznym typu Wikol.
niedziela, 10 stycznia 2010
...w czerwone grochy
Dzisiejszy wpis powstaje w całkowitej konspiracji. Siedzę skryty pod biurkiem i tajniaczę się przed pokojowym patrolem. 2zł, które miałem dać na orkiestrę przeznaczyłem na radiostację o. Rydzyka.W dzisiejszym odcinku opowiem wszystkim grzecznym dzieciom, które dodatkowo były grzeczne o pewnym uniwersalnym odzieniu, które pomimo swojej wygody i uniwersalności potrafi nam czasem wbić nóż w plecy i zdradzić co w chwili obecnej mamy w głowach lub jaką mamy porę dnia. O jakie odzienie chodzi? A więc chodzi tu o liczbę mnogą pani ze zdjęcia. Nie, nie chodzi tu o Natalie (bo to chyba jest Natalia Orejro i to nie ta fałszywa). Podpowiem, że chodzi o bokserki.
Lekarze od wieków grzmią (czyli od czasu wynalezienia bokserek), że zwykłe gacie po tacie potrafią wepchnąć nasz preszes worek z powrotem do brzucha. Nomen omen cofną nas rozwojowo do okresu przed dojrzewaniem (bo ten tego, wtedy ma się jajka w brzuchu). Właśnie wynalazłem cudowny środek do cofaniu się w rozwoju przed okres dojrzewania. Prawie eliksir młodości. Dawno temu, pod wpływem pewnego naukowego artykułu w pewnym naukowym piśmie postanowiłem założyć bokserki. I tak sobie je noszę do dziś (oczywiście nie jedną i tą parę bez przerwy). Do rzeczy, bo zaczynam gubić wątek!
Onegdaj na studiach wysnuliśmy pewną hipotezę na temat noszenia bokserek. Dotyczyła ona problemu: w której nogawce masz pindola? Wszyscy ankietowani odpowiadali, że: w lewej. Jak się okazało wszystkie badane osoby były praworęczne. Wiążąć koniec z końcem i analizując fakty doszliśmy do wniosku, że badane osoby wykorzystywały prawą rączkę do samozadowolenia. Co z kolei powodowało wykrzywienie ich Kapitana w lewą stronę (pamiętam rozpaczliwy list koleszki do Bravo, w którym pisał, że jego wacek był wykrzywiony w lewo - praworęczny jak widać - i prosił dr Ewę o poradę....). Oczywiście wszystkie badane osoby po kilku piwach przyznawały się do tego, że czas umilają sobie prawą ręką. W naszej grupie było dwóch kolesi co pisali lewą ręką. Jeden przyznał się bez bicia do bicia lewą ręką, prawoskrętnością Kapitana i prawonogawkowością. Drugi kolega tak bardzo nie chciał odpowiedzieć na pytanie, że spalił buraka.... i za semestr już z nami go nie było. A może to przez coś innego przestał studiować. Jak ładnie widzicie, sprawa w której nogawce jest Kapitan sama się właśnie rozwiązała.
Bokserki to zdradzieckie nasienie: człowiek rano wstaje w publicznej sypialni i nie może, gdyż prześladowany jest namiotem, a w bokserkach widać to najlepiej. Kolejnym zdradzieckim elementem są bokserki i spodnie dresowe (dzisiaj testowałem to w moich Warriorach, bo dżiny schły na kaloryferze). Spodnie dresowe+bokserki+namiot= ekskomunika. Dawno, dawno temu, na pewnej imprezie kolega tańcząc z jedną dziewczyną swoim Kapitanem nieomalże strącił żyrandol. Co miał na sobie? Oczywiście bokserki i luźne sztruksy. Zestaw odzieżowy elektryka zajmującego się żyrandolami wówczas powstał.
Bokserki które przez sen podciągają nam się pod pachy odsłaniając worki to już klasyka. Klasyka siejąca terror na obozie sportowym, deprawująca koleżanki.
Konkludując: W bokserkach nie odmłodniejemy, ale nasz kapitan będzie się czuł wygodnie. Niestety będzie się on czasem rozwydrzał i uwidaczniał innym osobom, które nie zawsze chcą go oglądać. A może chcą, tylko boją się przyznać?
Dyrektywy kulturalne: Zdobyłem nową umiejętność zucha: holowanie samochodu kumpla w śnieżycę. Już dopisałem tą umiejętność do CV. Większa dawka adrenaliny niż chodzenie w zimę z rozpiętą kurtką! Z obejrzanych filmów opowiem trochę o filmie Jennifers Body - fajny horror na oldskulową nutę. I gra tam ta lasia z Transformers. Na serio trochę opowiedziałem...
Dziś w TV Cyganki Eduszy link (bo nie ma tego na Tubie) do pewnego kawałka, który pomagał mnie dobić gdy tego potrzebowałem najbardziej (NOT!), czyli The Sun - It must be You. Zapraszam.
.. a teraz lecę przygotować słynny kujawski deser lodowy: żółty śnieg, którego przepis oczywiście podam w następnym wpisie!
poniedziałek, 14 grudnia 2009
88 mil na godzinę
Dzień dobry wszystkim dzieciom, które już szykują się do usiądnięcia na spracowanych kolanach mikołaja. Dzisiejszy szalony wpis opowie o przedsięwzięciu, które od dziś zaczynam realizować. Postanowiłem skonstruować wehikuł czasu - nie chodzi tu o nagranie kołwera słabej piosenki Dżemu. Najfajniejszym wehikułem był oczywiście Delorian z trylogii Powrót do przyszłości. Początkowym etapem projektu będzie zakup tego luks samochodu marki DMC. Właśnie sobie wyliczyłem, że odkładając 1zł dziennie, na samochód uzbieram za 123 lata. Bo kosztuje on niebagatelne 45tys zł. Ale przecież przez te 123 lata nie będę pierdział w stołek lub trzymał ręki w gaciach. Mogę skonstruować inne podzespoły wehikułu: kompensator strumienia (kto widział film ten wie), git dysze z tyłu auta, neony na zderzaku i zegary odmierzające czas przeszły, teraźniejszy i przyszły (na necie widziałem schemat elektroniczny). Dlaczego chcę skonstruować wehikuł? Bo...
.. wczoraj wieczorem chciałem posmakować życia na krawędzi, więc włączyłem odtwarzanie losowe w łinampie. Dzięki temu nawet nie spodziewałem się jaka piosenka mi się wygeneruje. I wygenerował się największy smutaśny suchar z repertuaru grupy Happysad - Wszystko jedno. Drugą ręką zajrzałem do archiwum GG w celu odnalezienia jakiegoś linka, do czegoś fajnego (za to jakieś i fanje dostałbym laczka z polaka). Jedno złe kliknięcie (jasne) i otworzyła mi się zakładka z rozmowami z pewną dziewczyną. Tak perskich, beznadziejnych i bezjajecznych rozmów dawno nie widziałem, a jeszcze dawniej nie widziałem w swoim wykonaniu. Od razu zrobiłem się zły: na siebie i tylko na siebie. Przecież każdy wie, że ja się nie obrażam (przynajmniej od jakiegoś roku). Zrobiłem się zły, ponieważ swego czasu tkwiłem przez ponad rok w potajemnym i bezsensownym sucharze, który zjadał mnie od środka i niszczył pod pewnymi rozmaitymi względami. Ale przecież wiemy, że człowiek 4 lata młodszy jest deklem. Doświadczenie przychodzi wraz z ilością przebytych sucharów. Wadą czegoś takiego lęk, że kolejny suchar może na nas spaść niczym odważnik 16 tonowy. Jak to powiedziała mi pewna pani psycholog (wtedy jeszcze studiowała psychologię): mam lęk przed sucharem. Mówiąc ogólnie: Panowie, masakra.
Gdy już skonstruuję wehikuł to założę na siebie glany marki Dr Martens. Ustawię zegar na koniec czerwca 2005 roku i rozpędzę się do 88mil/h. Gdy już wysiądę w roku 2005 to podejdę do siebie z przeszłości i glanem porządnie przeoram (powiedzenie: wybić sobie zęby nabiera nowego znaczenia). Dzięki przeorce nie dotrę na pewne urodziny, które zaczęły tą kiszkę. Jak już zauważyliście nie przeniosę się w przyszłość w poszukiwaniu jutrzejszych nr w totolotka (zrobię to w drugiej kolejności), ani w poszukiwaniu lekarstwa na raka (w trzeciej kolejności). Najpierw naprawię buractwa przeszłości.
Dziś w TV Cyganki Eduszy bardzo miły dla dwojga oczu i dwojga uszu (chyba, że jesteście piratem, to odpada jedno oko, a dochodzi para oczu papugi z ramienia). No to: Wolfmother - Woman.
W następnym wpisie z cyklu O czym oni śpiewają zinterpretuję utwory Żana Miszela Żara z płyty Oxygene 1-8.