poniedziałek, 27 czerwca 2011

Letnia profilaktyka

Witam i o drogę pytam. Czerwiec już więdnie, a ja żadnego posta nie umieściłem. Być może dlatego, że kompletnie nie było mi po drodze do komputera, a pies zjadł adres mojego blogaska (wymówki jak ze szkoły, nie?). I właśnie o tym będzie ten post.. Może bardziej o temacie płynnego przejścia ze szkoły w lato na przestrzeni dziejów, moich dziejów.
Podstawówka to pewien okres w moim życiu, w którym byłem kompletnie nieciekawy i kijowy. Tylko w 8 klasie na koniec roku zaszalałem i wypiłem piwo - Warkę strong.. szaleństwo co? I to chyba się nie liczy bo Warka Strong to nie piwo. Poza sączeniem pseudo-piwa kojarzy mi się jeszcze jedna śmieszna historia: pojechaliśmy z kumplem na rowerach na zamek krzyżacki, kumpel wskobał się na wierzę i wybekał słowo MYNTON. (bo dobre 13 lat temu była reklama, na której koleś krzyczy Mynton i kruszy lodowiec). Niestety w okolicach zamku nie było lodowca, więc nic nie skruszało. Jestem pewien że od beknięcia rzeka Wisła (bo przepływała niedaleko) na kilka sekund zmieniła swój kierunek. I potem wakacje, wakacje, wakacje.pl
W technikum zamiennik piwa zastąpiło prawdziwe piwo i miejsce konsumpcji się zmieniło - pewne ogródki na pewnej włocławskiej ulicy. W ostatniej klasie technikum pewien kolega (Wujkiem zwany) podsumował tak naukę: Wiecie co sądzę o szkole? Po czym zwinął świadectwo maturalne w słomkę i się napił Kasztelana. Chyba pierwsza osoba na świecie, która zrobiła coś pożytecznego ze świadectwem.
Na studiach nie czuło się lata, czuło się koniec sesji. Ostatni egzamin 1 lipca (co za cep układał tak sesję?), a do 30 czerwca musiałem się wyprowadzić z akademika.. 1 dzień bezdomności i egzamin. Brrr i jeszcze dowlec się z tobołami z Poznania do Włocławka. Zasadniczo 2 lipca to był najfajniejszy dzień roku, bo zaczynał się 3 miesięczny urlop z Kasztelanem, przygodą i Kasztelanem Niepasteryzowanym. Te 3 miesiące to też trochę na wyrost, bo były to 2 miesiące i kilka dni. Pozostałe kilkanaście dni września zajmowała sesja poprawkowa. A miewałem tych sesji... 5, a może 4.
Lata w pracy też się nie czuje. Wróć... czuje się jak w pokoju nie ma klimy, a za oknem jest 30 stopni i człowiek się poci. Poci się kolega, pocą się stopy kolegi. Jak to mawia znajomy Włoch: Ja bardzo lubię się poczycz. A ja nie! Ale tak: wieczory są dłuższe, piwo lepiej wchodzi, a dziewczyny na mieście są tak poubierane, że można samochodem wjechać w latarnię. Jak to zawsze bywa podczas zdarzenia drogowego: Latarnia nadjechała z naprzeciwka i uderzyła w mój stojący samochód poruszający się z prędkością 40km/h.
No i tylko urlop daje nam element szkolnych wakacji. Ale co to za element jak człowiek po kilku dniach siedzenia dostaje na łeb i chce wrócić do pracy. Zatoczyłem myślami błędne koło, więc kończę ten wymuszony, miesięczny wpisik.

Dyrektywy kulturalne: W kinie grają Super 8 i ten film polecam. Dam wam 5zł jak na niego pójdziecie. Sam poszedłem i nie żałuję - najlepszy film na jakim byłem od 2 lat (możliwe, że chodzę do kina na sam szajs). Ostatnio nasze zacne Trio odwiedziło Noc w Kinie (ja bym to nazwał Chlew w kinie) - totalne chamstwo, buractwo i dzieciarnia. Obejrzałem Krzyk 4 a pozostałe 2 filmy przespałem jak dziecko. Jutro jadę na 2 dni na Litwę w celu przywrócenia Królestwa Słońca i pogodzenia Litwinów i Polaków. Opowiem wam jak smakują słynne papieskie pierniki z Litwy.

Dziś w TV Cyganki Eduszy piosenka zespołu Pan Profeska pod posto-tytułowym tytułem Lato. Miłe umcia-umcia, udowadniające, że Polacy nie gęsi i ska umieć grają. Zapraszam.

W następnym wpisie udowodnię, że spadek ilości miesięcznych wpisów na blogasku rekompensuje wzrost ich jakości. (NOT!)

wtorek, 31 maja 2011

Ciekawa anomalia pokarmowa

Dzień dobry wszystkim podatnikom. W tak piękny i upalny dzień aż nie chce się pisać nic na blogasku, ale zobowiązania wobec reklamodawców zobowiązują. Yhym... A tak na serio jest za ciepło żeby siedzieć w domu i pisać wpisiki na blogasku. Należy wyjść na dwór napić się zimnego Kasztelaniego, posiedzieć nad jeziorkiem - i to jest słuszna koncepcja!
Swego czasu opowiadałem wam o Człowieku Rurze, który zaliczał się do osób z anomaliami pokarmowymi (układ trawienny składający się tylko z rury). Dzisiaj opowiem wam o innym, ciekawszym, acz bardziej skomplikowanym przypadku: Człowiek Dupa Na Brodzie. Przedstawiony poniżej przypadek jest czysto teoretyczną wariacją na temat, co by było gdyby wycierając nos podcieralibyśmy tyłki za jednym zamachem. Tak skomplikowana anomalia pokarmowa narodziła się na pewnym wykładzie na Politechnice Poznańskiej, gdy pewnej koleżance zamiast codziennej dawki kusiek i pindoli w notatkach narysowałem Kirka Douglasa (tego aktora, wiecie, nie?) wraz z przekrojem na organy.
Koleżanka zapytała, kto to i co to? Odpowiedź była jak najbardziej prosta: Człowiek Dupa. Spójrzmy a brodę Kirka - no dupa, no. Jednak wraz z tyłkiem na brodzie osoba posiadająca tą anomalię posiada również niezły talent aktorski i poczucie humoru ważące 16 ton. O poczuciu humoru świadczy ten pan:
Ten pan to Chevy Chase, który również ma wydatny tyłek na brodzie. Jest jednym z najlepszych komików hamerykańskich, a kto nie widział Szpiegów Takich jak my co najmniej 20 razy niech szybko i idzie dobejrzeć te 19 powtórzeń. Na koniec zaproszę do obejrzenia skanu obrazka z pewnej gazety medycznej, która swego czasu opisała przypadek Kapitana Dupobrodego (he, dobre):
Jak widzimy na załączonym obrazku: przełyk, żołądek i reszta układu trawiennego są standardowe. Sprawa komplikuje się przy jelicie grubym, które odbija nagle do góry i wraca z powrotem do głowy. Zwieńczenie jelita grubego, kiszką stolcową zwane ląduje w zagłębieniu w brodzie. Jakie to nie higieniczne. Należy oddać twórcy obrazka za wierność detalom organów i doskonałym zachowaniu proporcji...
Wniosek: jeżeli wasze dziecko urodzi się z dupą na brodzie oznaczać to może, że będzie wielkim aktorem (zagra w Spartakusie 2) lub poczuciem humoru zabijać będzie na wstępie. Nie ma się co bać, bo ja też mam lekką dupę na brodzie i staram się ją maskować kilkudniowym zarostem (w postaci niegolenia się przez 2 tygodnie) lub nosząc golfy. Pod golfem schować jeszcze można 2. i 3. podbródek, ale o tym w pewnym następnym wpisie.

Dyrektywy kulturalne: Za 9 dni koncert Iron Maiden (obecność obowiązkowa!!!). Już mi noga tupie na samą myśl i chyba trzeba będzie się nauczyć piosenek z 3 ostatnich płyt bo nie jestem z nimi za pan brat. Koszulka już dotarła. Ma piękny ornament i klimatem nawiązuje do utworów grupy nagrywanych na kasety magnetofonowe. Nic nie oglądam, nic nie słucham. Aha: w czwartek na fabryce którą uruchamiamy zląduje premier Tuskinio. Trzeba będzie wykonać jakiś happening z Panem Premierem.

Dziś w TV Cyganki Eduszy metalopudle. Pewien antyczny teledysk do piosenki, która w oryginale trwała 15 minut (pół strony kasety 60), a w wersji dla TV wycieli co smętniejsze momenty. Wprawione oko wyłapie w teledysku prześwitującą sukienkę pewnej laski, która ze względu na uwarunkowania geograficzne nie jest taka brzydka (bo to niemiecki teledysk). Zapraszam! (właśnie obejrzałem ten teledysk i stwierdzam, że jest więcej lasek z przezroczystymi sukmanami i dekoltami do kolan, a wokalista ma tytułową dupobrodę, cóż za zgranie!)

W następnym wpisie opowiem o tym jak w Holandii robi się w hotelu kolację z rzeczy wyniesionych ze śniadania - taki poznański tryb w Holandii.

czwartek, 19 maja 2011

Silne pole magnetyczne w mózgu vs. pamięć

Dzień dobry. Chciałem wydać z siebie pewne oznaki życia... ale co to za życie. (NOT!) Ostatnio trochę mi się nic nie pisało. Związane to było z kompletnym brakiem czasu, pewną fuszerką na zdrowiu i lekkim wzrostem wskaźnika obiboczenia na godzinę.
Podczas moich słynnych europejskich włajaży przetestowałem swój wbudowany kompas, który, jak wielu moich znajomych twierdzi, jest w zaniku, albo wcale go nie ma. Czymże jest orientacja w terenie? Dla mnie to po prostu postawienie samochodu na parkingu, w mieście, którego nie znam, połażenie sobie po mieście i wrócenie do samochodu bez problemu i szwanku. Możliwe, że nie chodzi tu o jakiś kompas, a o dobrą pamięć: gdzie, w co i jak skręcaliśmy.
A jak to jest z kosmopolitycznym Pawłem? Najlepszym przykładem będzie pewna anegdota, którą opowiadam gdy przez moje ręce przewinie się kilka pełnych butelek piwa. No to: dawno, dawno temu, na pierwszych dwóch latach studiów chodziliśmy do pewnej knajpy na dęsing (ja podobno nie tańczę). I za każdym razem się pytałem kumpli jak się wraca do akademika. Droga była prosta jak świński ogon: wystarczyło iść wzdłuż torów tramwajowych. I tak przez 2 lata sobie chodziłem... raz zamiast do akademika doszedłem do lasu i komina ciepłowniczego. Mógłbym przysiąść, że z lasu słyszałem wyjące wilki i inne rzadkie okazy zwierzyny leśnej. Kiedy indziej jak jechałem do pewnej koleżanki, to policzyłem sobie, żeby wysiąść na 11 przystanku, a po 5 przystanku zapomniałem który to przystanek. Bo wiecie... ja mam pamięć dobrą ale krótką. A to w Toruniu postawiłem samochód i potem myślałem, że mi go ukradli, a tak na serio to pomyliłem ulice. Bo wszystkie te kamienice w Toruniu to tak samo wyglądają... Nie? Jak byłem na wczasach we Francji to w ręku ściskałem wydrukowaną mapę miasta. Ściskałem tak mocno, że tusz został na ręku. Paweł sam w Metrze... brzmi jak kolejna część przygód o Kevinie. Na szkoleniu w Holandii miałem automapę. Krzyś Hołek podpowiadał mi z kieszeni jak iść, i chyba miał zły dzień, bo czasem mu się pomyliło.
.. aż pewnego razu zapomniałem GPSa i wypuściłem się na stare miasto. Wypiłem w knajpie piwo za 5,5 ojro (taniocha) i stwierdziłem, że można by wracać do domu. Ryję w plecaku, a gpsa brak. I teraz odświeżenie pamięci jak szedłem? Pamięci brak... A stare miasto w Holandii to okrągła rzeczka, a w środku pajęczyna ulic. No ale kółko nie ma początku, ani końca to idąc po krawędzi dojść można do jakiegoś charakterystycznego punktu. YES! Doszedłem do kościoła i prosto na dworzec. I nie spędziłem nocy pod gołym niebem, albo schowany pod plandeką na łódce.
No dobra, a teraz morał z amerykańskiego filmu: jak sobie poradzić jak silne pole magnetyczne w prawej półkuli zakłóca kompas w lewej półkuli? Nijak. Na to nie ma ratunku... co najwyżej usunąć prawą półkulę. Ja to sobie zawsze wybieram coś charakterystycznego i wysokiego i jak się kompletnie zgubię to ... to wiecie sami: wracam po torach.
Chyba wystarczająco się zareklamowałem jako przyszły mąż...

Dyrektywy kulturalne: Była Francja i Holandia, a za jakiś czas będzie Litwa. Pamiętajcie, żeby będąc na litwie zjeść łabas drutas kałakutas, czyli tłustego indyka. W kinie nie byłem od 100 lat, a muzycznie polecę wam antyczną płytkę Overkill - Under The Influence (tam jest taki megaszlagier Hello From The Gutter).

Dziś w TV Cyganki Eduszy przeklawy urywek jednego z najlepszych multimedialnych polskich wynalazków: P.I.W.O, czyli Potężny Indeksowany Wyświetlacz Oknowy, a w nim mój (od niedawna) idol: Robert Burneika. Siła!

W następnym wpisie podam przepis na Rakiet Fjul przy wykorzystaniu składników z lodówki i apteczki dziadka.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Poradnik dla niesmiałej kobiety

Dzień dobry, a nawet bonżur. Po pewnej dłuższej nieobecności spowodowanej czynnikami zewnętrznymi i urlopem postanowiłem coś skrobnąć.Po głowie myśli przetaczały się z prędkością kępek krzaków latających na pustyni i na westernach. Na pomysł tego co napiszę poniżej wpadłem miesiąc temu, gdy szykowałem się do moich francuskich wojaży. Przed wycieczką należało wszystkie lepsze rzeczy wsadzić do pralki i mówiąc lepsze rzeczy chodzi mi również o skarpety bez dziur (cebulami później zwanymi). Dzień przed wyjazdem chodziłem w kompletnie niemodnych i nieIndie ciuchach, a na nogach miałem skarpety, które procentowa zawartością materiału przegrywały z procentową zawartością cebuli. Tego samego wieczora przyszło do mnie 2/3 Zacnego Tria w celu pożegnania mnie Kasztelanem Niepasteryzowanym, a nawet dwoma. Patrzę i widzę, że Maciej ma nieśmiałą cebulę na palcu, a Ron ma delikatną cebulę na pięcie. Rzekłem do nich: Przebijam was obu razem wziętych zawartością cebuli na mojej skarpecie. Następnie pokazałem spód stopy. Gdy emocje już opadły i otworzyliśmy pierwszą Niepasteryzację opowiedziałem pewną anegdotę z czasów studiów....
... Na II roku studiów, pewien zacny kolega z pokoju w akademiku miał pewną dziewczynę. Co jakiś czas się odwiedzali, a jak kolega szedł do pani to mył się 2h, stroił na bóstwo i zakładał nieskazitelnie białe i kompletne skarpety. Aż tu razu pewnego drzwi od pokoju w akademiku się otwierają i wchodzi dziewczyna kolegi, tak bez zapowiedzi i uprzedzenia. On ubrany w portki od dresu i jakąś wyliniałą koszulkę. Najgorsze było to, że na nogach miał ultra-cebule. Kolega jak zobaczył swojego misia tak się speszył, że prawie złożył nogę w pół w laczku, żeby tylko nie widziała jego wyliniałych cebul. Historia skończyła się szczęśliwie bo miś nie posiedział za długo, a kolega nie wstał zza stołu...
I teraz przechodzimy do części dydaktycznej posta:
Nieśmiała kobieto jeżeli chciałabyś wiedzieć czy chłopak ma co do Ciebie dobre zamiary i jest tobą zainteresowany zwróć uwagę na jego skarpety. Im bardziej skompletowane, pod kolor i bez cebul, tym większe masz u niego szanse. Gdy chłopakowi na kimś zależy to zakłada dla tego kogoś całe skarpety. Sam tak miałem jak dawno i nieprawda temu pędziłem do Torunia - kompletna skarpeta musiała być. Wielkie poświęcenie co? Bo należy pamiętać, że cała skarpetka w garderobie mężczyzny to cenna zdobycz.
Inaczej sprawa się ma gdy para jest już po ślubie. Można pozwolić sobie na odrobinę niechlujstwa i założyć cebulę. Bo to działa w 2 strony: żona mniej o siebie dba i tyje, a mąż chodzi po domu w dresowych spodniach, koszulce ala John McLane i skarpetach z cebulą. I tu kolejna anegdota opowiadająca jak to małżeńskie pary znają się na wylot i wzajemnie uzupełniają:
Całkiem niedawno mama urządzała w domu imieniny. Zeszli się goście i w przedpokoju stoi pewna para małżeńska. Tata zaprasza do wspólnej zabawy pod tytułem nie ściągajcie butów. Na co małżonka gościa mówi: Jasiu, ściągaj buty, całe masz skarpety.... To było piękne - doskonałe uzupełnianie się w związku.

Mam nadzieję, że powyższym tekstem poprawiłem humor wielu nieśmiałym kobietom, do których przychodzą koledzy w niepodziurawionych i nowiuśkich skarpetach.

Dyrektywy kulturalne: Na urlopie we Francji było super. Ceny zabijają poznańskie ceny , ludzie nie za chętnie mówią po angielsku, a francuzki ... cisza... cisza... mogłyby bardziej o siebie zadbać. O tym jak tak szczęśliwie i kolorowo opowiem w następnym poście. Za 3 tygodnie globtrotter Paweł wyrusza do Holandii - kraju opodatkowanych burdeli i narkotyków z banderolą. O tym jak było dowiecie się wkrótce. Do posłuchania zaproponuję wam najnowsze poczynania Iron Maiden, bo bilety na koncert już są!!!!

Dziś w TV Cyganki Eduszy zaproponuję Państwu skoczną piosenkę zespołu Velvet Revolver pod zaskakującym tytułem She Build Quick Machines. Zapraszam do tupania nogą, bo współczynnik skoczności piosenki osiąga wysoki procent.

W następnym wpisie opowiem o tym jak jedzenie Francuzów niewiele różni się od jadłospisu Beara Gryllsa.

środa, 16 marca 2011

O czym oni śpiewają, cz. 7 - Aaaaaaaaa

Dobry wieczór riebiata (to po rosyjsku dzieci). Przymierzam się do napisania kolejnego posta w celu wyrobienia miesięcznej normy już od dłuższego czasu. Co coś rano wymyślę to w pracy zapomnę. Dzisiaj stojąc w codziennym, powrotnym i powszednim korku zanuciłem pewną piosenkę z czasu studiów, którą zna pewne grono osób (w tym członkowie ŚAKFu) - grono z naszej zacnej ferajny ze studiów i zapewne wiele tęgich głów ze Śremu...
Jak to było: Blablabla płynną masą.... bełkot bełkot... w 2003 r. trafiłem na studia, zapisali mnie do pewnej zacnej grupy A3, a w niej było dwóch kolesi: Pewien Paweł i Pewien Jędrzej - pogrywali oni sobie w Pewnej Kapeli, a w zasadzie stanowili jej 2/3 i trzon. Paweł na śpiewie i basie, Jędrzej na wieśle, a na perkusji grał jakiś koleś. Z perkusistami to jest tak, że albo są debilami, albo odchodzą z zespołu, albo znikają i nie oddają kasy (jak ktoś oglądał Spinal Tap to wie o co chodzi). Zespół ten grał sobie lokalnie w Śremie (bo z tej niedoszłej stolicy Polski pochodził) i w Poznaniu. Parę razy uczęszczałem na ich koncert i miło ten czas wspominam. Muzycznie grali mocnego rocca z dużą domieszką i fascynacją Toolem. Co koncert odgrywali swój mocny materiał: 95% piosenek po angielsku oraz Pewna Piosenka po polsku. Zwała się ona Popkarlin. Pochodzenia tytułu nie znam, ale jak wiadomo: Pop to ksiądz prawosławny, a Karlin to ksywa basisty , i wokalisty (Pawła). Wielu znajomych twierdzi, że Karlin powinien zostać świętym za życia (mega dobry człowiek i świetny realizator nagrań i koncertów). Piosenka ta nijak nie pasowała do reszty utworów, ale wykładniczo wpadała w ucho. Do posłuchania TUTAJ. Zapraszam do wysłuchania... A teraz analiza jej treści:


czarna woda płynie w biel
To takie przewrotne lekko stwierdzenie. Ziemskie podejście do zdania mówi mi jedno: Chłop pracuje na oczyszczalni ścieków. Tam zdarza się cudowne przejście czarnej wody w biel...

czas ucieka nie czuję się
O tak! Miewam to co łikend (gdy nie mam dyżuru) - niesamowite uczucie, gdy budzę się rano i potrafię chuchnąć sobie smrodem po przepiciu przez zamknięte usta. Dźwig budowlany podnosi moją głowę, a jedyne co przyjmuje mój organizm to lewatywa z ziół (też tak macie z tą lewatywą?).

stoję wśród znajomych lic
stoję tu lecz nie bawi mnie nic
Miałem tak kiedyś jak się spotkaliśmy po dłuższym czasie ze znajomymi. Wiecie jak to jest: zgrana paczka, a kilka lat późnioej zupełnie nie ma o czym gadać: jedni o biznesach, inni o funtach, jeszcze inni o jakichś bzdetach.

dlaczego więc wokół mam tylko siebie
omija mnie czas i znowu jestem sam
Tu zaczyna się refren: Nie trudno się dziwić, że jest sam: bije mu z kija po przechlaniu, robi na oczyszczalni. Oj podmiocie liryczny... weź się za siebie. Z tym omijaniem nas przez czas też bywa po przechlaniu. Leżymy albo siedzimy, chcemy się za coś zabrać, jednak nijak nie można. I tak zlatuje nam sobota, i tak zlatuje nam niedziela. Bo kac nieleczony może trwać 2 dni. A leczony tydzień, albo odwrotnie...

mam tylko nadzieję że lepiej jest tam w niebie
ja nie chcę się znaleźć gdzieś wśród innych ale
gdy jestem sam
Ostatnia część refrenu, to taka zagadka słowna, której nie jestem w stanie rozgryźć. Zapewne autor nieźle się nagłowił, żeby ją ułożyć, a na okładce demówki, zawierającej ten kawałek jest jakiś drobny konkursik audiotele: "Co znaczą ostatnie 3 wersy refrenu w Popkarlinie"

stop zatrzymał mi się dzień
do snu daleko kto da mi sen
II zwrotka to kolejne narzekanie na Kaca Giganta. Podmiot zapytuje czy ktoś może mu dać coś na sen. Najlepszym sposobem na wprowadzenie się w stan śpiączki farmakologicznej to ciągłe chuchanie sobie w twarz przetrawioną wódą.

chcę odnaleźć zwykłą nić
chcę powiedzieć
pomóżcie mi
Po omacku na kacu Podmiot poszukuje najzwyklejszej nitki, zapewne w celu zacerowania cebuli na skarpecie. A zacerowane skarpety u mężczyzny świadczą o jednym: ma dziewczynę i się do niej wybiera. Więc w II zwrotce sytuacja mu się poprawia. Nawołuje on jednak o pomoc, bo nie umie sobie zacerować skarpet.

Aaaaaaaa! i refren
I tu najfajniejsza część, to słynne Aaaaaaa! Jak byliśmy nawaleni, a Karlin chwytał za pudło to się zapytywał co ma zagrać/zaśpiewać. Zawsze chóralnie odpowiadaliśmy mu: Aaaaaaaa! Bez pytania i dwóch zdań zaczynał grać Popkarlina.

Podsumowanie: Ciężko ma Podmiot Liryczny (mam nadzieję, że Karlin się z nim nie utożsamiał, bo nic nam nie mówił o pracy w oczyszczalni. Czasem się z nami napił, czasem biło mu z buzi wódą, czasem miał cebule na skarpecie i czasem miał Misia): pracuje w oczyszczalni, zalewa smutki tanią wódą i ma permanentnego kaca. Ma dziewuchę, ale małe zarobki i chlanie nie pozwalają mu na zakup nowych skarpet. Nieumiejętnie ceruje stare cebule i nawołuje o pomoc, może gitarzystę Jędrzeja?
Nie zmienia to faktu, że to kawał klawej piosenki i obowiązkowo umiem ją grać na gitarze. Zapraszam do odsłuch bo warto!

Dyrektywy kulturalne: Jutro czwartek, w pracy obiad czwartkowy, od poniedziałku Wielkie-Uruchomienie-Największej-Fabryki-Kwasu-W_Europie, a nam biednym uruchamiaczom szykuje się praca na 3 zmiany przez tydzień. Ale... od za-tydzień-piątku idę na zasłużony 2 tygodniowy urlop, a w nim: Spontaniczny Paweł jedzie na 10 dni do Francji. Dokładniej do miasta rodzinnego Żana Miszela Żara - Lyonu!! Hell Yeah! Opowiem wam jak jest po francusku Zjesz ze mną kebab z dworca? W piątek szykuje się wizyta w kinie na Jeżu Jerzym - po zachęcającym trailerze i ziomalskim teledysku czas na wizytację filmu. Opowiem kto zabił i czyim ojcem jest Lord Vader...

Dziś w TV Cyganki Eduszy zapowiedź Wielkiej Podróży i wizyty w krainie jadalnej żaby i pleśniowego sera, czyli piosnka grupy Desireless - Voyage Voyage. Jakby się przyjrzał, to ta kobiecina co śpiewa ma wąsy i lekkie rysy męskie, a może to chłop? Jabłko Adama skrzętnie skryte pod golfem? W popieprzonych latach '80 nie wiadomo było kto chłop, a kto baba.... Zapraszam do śpiewania refrenu (bo z pewną koleżanką to sobie to przed podróżą nucimy). Włajaż, włajaż, lalalala, bełkot, bełkot....

W następnym wpisie postaram się udowodnić, że coś takiego jak wegetariański kebab nie ma miejsca bytu w naszym i równoległym świecie.