W dzisiejszym ponadczasowym i aktualnym w każdej epoce blogu postaram się opisać pewne nurtujące mnie od pewnego czasu zjawisko (światopogląd i postawę) bycia popularnym (czyli bycia gwiaaazdą, z języka angielskiego i z obrazka: to be a STAR). Na temat ten można by pisać, opowiadać, rzeźbić w drewnie godzinami i dniami. No ale, że ja taki nie jestem to napiszę coś w kilku paragrafach. A więc są 2 kategorie bycia gwiazdą:
1. Bycie bardzo popularną gwiaaazdą - a więc, bycie tak sławnym, że aż niesławnym. Tak znanym, że można poczytać o sobie w pudelku, że można znaleźć swoje opkupczone majtki na allegro (za niemałą sumę pieniędzy). A więc gwiazdorzymy sobie, mamy kaprysy, każdy nam nadskakuje, bo możemy sobie na to pozwolić. Oczywiście, że gwiazda będąca kapryśną (żądająca po koncercie tylko czerwonych eMeneMsów i nieparzystej ilości schodów prowadzących fo garderoby) jest bezapelacyjnie deklem i darmozjadem. Więc coś co jest oczywiste i pewne, więc niech takowe pozostanie. Jak śpiewał Kaziu: Nie ma nic do dodania poza tym co napisane.. Amen.
Lecz jest jeszcze druga kategoria Starów, mało znana, powoli powstająca na naszych przemęczonych pracą oczach (np. na moich), a mianowicie:
2. Bycie gwiazdą we własnym mniemaniu - czyli szeroko pojęty kącik samoadoracji. Takie zjawisko powstaje wśród muzyków pogrywających sobie od czasu do czasu w lokalnym klubie, których widownią są ich znajomi z liceum i koledzy/koleżanki z huśtawki. Po jakimś czasie plumkania po knajpach osobom tym zaczyna odwalać (w negatywnym tego słowa znaczeniu): zaczynają się śmiesznie zachowywać (jak to mawiają na kujawach: wyżej srają niż dupy mają). Jakby to opisać, są zafascynowani własną osobą i własną fantastycznością, a koledzy/koleżanki z podwórka ich w tym zapewniają. Powstaje taki kącik samopodniety i odrzucenia reszty. Każdy z poza naszej Awesome-Paczki to tempak nie zasługujący na zlizywanie łajna z naszych trampek marki Konwers. A niezrozumienie naszej fantastycznej muzyki spowodowane jest ograniczeniem umysłowym odbiorcy. Za bardzo mi się to nie podoba, a najlepszym lekarstwem na takie unoszenie dupy jest: para ciężkich glanów. Wniosek jest prosty: pewnie jestem prosty chłopak ze wsi i nie rozumiem sztuuuuki. Ale takie zachowanie nie jest klawe, chyba że należymy do kącika adoracji i wtedy pozostaje nam lizanie się po pisiorach z całą resztą państwa Amazing. Jeszcze mniej klawe jest gdy wypadniemy z kącika fantastycznego (na własne życzenie, albo za przewinienie techniczne), wtedy nawet nie zasłużymy na resztki łajna z trampków. Cytując pewnego Starego Bacę wchodzącego na szczyt góry What-everest: WHATEVER!
Na przed-koniec pewien dialog, który odbył się z moją mamą (a za tydzień już teściową): (mama) - Ładna fryzura? (ja) - Taka w stylu lat '20, '30 zeszłego wieku... (mama) - Dzięki. (ja) - To znaczy jakbyś się w tych latach urodziła.
I na optymistyczny koniec w Optymistycznej TV Cyganki Eduszy optymistyczna piosenka Belindy Kalkfkajsjlkjste Leave a Light For Me, żeby było optymistycznie (jako, że jestem kompletnym plackiem w szukaniu na jutubie jakaś wersja zastępcza teledysku z jakimiś animkami):
A za tydzień ujawnię prawdziwe 3 chwyty do Morskich Opowieści.
Witam drogie dzieci. Powyższe zdjęcie przedstawia mnie i dwójkę moich kolegów na basenie z Technikum Elektrycznego (pozdro Dominik i Gracjan!!). To był oczywiście drobny żart sceniczny. Dzisiejszy wpis należeć będzie do serii wpisów nostalgicznych (a więc słynny generał Saddama: Nostalgiczny Ali). Pomiędzy jednym a drugim wezwaniem na dyżurze (dojeżdżając do pracy) rozmyślałem nad tym, za czym bardziej tęsknię, czy za ludźmi, czy za czasami i atmosferą. No i sam siebie zatwożyłem, gdyż nie jestem zwierzęciem stadnym. Jestem zwierzęciem czasdnym. Czyli takim któremu odpowiadają warunki czasu i atmosfery. Zasadniczo nie tylko podczas podróży z punktu pracy do punktu domu wykonywałem słynne "ehh..." (nawet potrafiłem wypowiedzieć te trzy kropki). Ehhh-owałem sobie również siedząc w samemu w domu (tzn. nie samemu: mama nauczyła psa Nukę oglądać Ewe Drzyzge i jej Rozmowy w Kroku, i kota Ryśka, co go nigdy nie ma; więc siedziałem ze zwierzątkami). I tak sobie siedziałem i wzdychałe: a spotkałbym się z tym, spotkałbym się z tamtym. Jednak wygenerowałem sobie pewne ALE. W postaci że ten i tamten stali się kompletnymi deklami, kolesiami, którzy liczą tylko stan konta i ilość znajomych na naszej klasie. A ja wolę tych znajomych z pewnego okresu czaaasu, gdy byli super ziomalami z którymi wesoło piło się piwo i wesoło dostawało mandat od policji za picie tego piwa. A więc mit tęsknoty za osobami w danym czasie został obalony. Czyli proste nie opłaca się tęsknić, bo tęskni się za jakimś wyidealizowanym czymś... (słowo mi uciekło). Kolejnym mocnym elementem mojej teorii jest atmosfera i miejsce. Jak sięgam pamięcią chyba najweselej było na 2 roku, gdy wszyscy trzymali się w kupie, dzielili się ciuchami, dziewczynami (hy hy hy ...). Gdy atmosfera wówczas porównywalna była do 1 sezonu Przyjaciół (bo jestem na bieżąco): więc była kupa śmiechu (ta nieśmierdząca), super, ekstra klawa atmosfera, było bzykanko, pachy się nie pociły, stopy nie śmierdziały (jak w raju), ludzie na pewnym forum mnie nienawidzili i były też poważne sprawy: komuś się zemdlało, ktoś wyszedł z pokoju obrażony wykonując zwrot na pięcie. No ale... zdecydowanie plusy przysłaniały minusy. Było tak dobrze, że zostawałem w Poznaniu na łikend. A jak powszechnie wiadomo wpisując w Wikipedii słowo łikend na pierwszym miejscu wyświetlane jest hasło: łikend - na łikend Edi rzadko zostawał w Poznaniu. A teraz troche czegoś nieprzyjemnego: Być może jest teraz jakaś grupa ludzi (może koledzy z pewnego forum), którzy mnie wspominają tak samo jak ja ich, albo i wcale nie wspominają, albo.... albo... No ale cóż. Należy dziękować stwórcy za słowo: WHATEVER.
Dziś w TV Cyganki Eduszy zespół Happywsad i piosenka Jak ja kocham to miejsce, bo przy tej piosence wspaniale wpycha się jezyk w czyjeś damskie gardło...Zapraszam.
A w następnym wpisie przedstawię regułę prawej dłoni, gdy stoimy pod prysznicem...
Dzisiejszy złowieżbny wpis wynika z małej ilości wpisów w poprzednim miesiącu i zerowej ilości wpisów w miesiącu bieżącym (za co redakcja przeprasza). Wpis z dnia obecnego dotyczyć będzie mojej złowrogiej teorii na temat półproduktów spożywczych, a więc jak sam się przed sobą tłumaczę, że jem mało rzeczy. No więc: jem mało rzeczy, bo lubię niewiele, a więcej nie lubię (pomijając mięso, dużo mięsa, mięso na deser).Jak wiadomo półproduktem nazywamy takie to z takim tym, które w pewnym procesie twórczym daje takie coś, bardziej użytecznego. Często są na tym mrugające lampki, plastikowa obudowa, często to coś jest ciastem, lub czymś imitującym coś, co przypominają warzywa o śmiesznym kształcie (gumowe takie to). A więc najczęściej zdarza się, że półprodukt jest nieużytecznym badziewiem, albo niezjadliwym kokonatem. Ale często też półprodukt może zostać uznany przez kogoś za produkt finalny. Brrr.... do sedna. Jak zwykle klasyczna wyliczanka. Dzisiaj doliczę w pamięci do dwóch, bez pomocy rąk, a więc: 1. Półprodukty żywieniowe - Już w punkcie pierwszym zostanie wyjawiona wielka tajemnica wiary. Zacznijmy od półproduktu każdego wielkiego miszcza kuchni, czyli jajka. Surowe jest obleśne w smaku, można się porzygać, a przyjmowane na surowo jest tylko przez Rokiego jeden z filmu Roki 1. Kolejymi półproduktami są papryka (która smaczna jest gdy jest w occie, lub też znamienicie faszerowana), tatarak, zwany .... nie pamiętam, który jest najzwyczajniej obleśny. No ale powyższe argumenty dowodzą, że moje niejadztwo jest najzupełniej udowodnione: "półprodukty są niejadalne" 2. półprodukty modelarskie - a więc drucik, zużyty tampon, rączka do taczek. Wszystko to co każdy normalny człowiek uznałby za kompletne śmiecie i bezużytki. Ale drucik dla zapartego modelarza może być pięknym uchwytem, rączką, klamką, gwintem, zawiasem. Kawałek patyczka może być rurą wydechową, wylotem powietrza, itp, itd.
Czego uczy nas ta teoria? Tolerancji. Uszanujmy to, że ktoś nie jada niczego poza jajkiem na twardo, kolekcjonuje wypchane dorsze i wogóle... Ktoś kto ryje po śmietnikach nie musi być bezdomnym Ronem, może po prostu namiętnie klei modele i i zbiera półprodukty. Jako, że się nawaliwszy kończę wpis. Jednocześnie płynnie przejdę do...
TV Cyganki Eduszy,a w niej bezapelacyjnie kawałek kapeli Prąd Zmienny/Prąd Stały pod tytułem That's The Way I Wanna Rokiendroll, zapraszam:
A w następnym wpisie zdefiniuję bycie gwiazdą (niekoniecznie ze Śremu).
Dzisiejszy odcinek na poważnie, o prawdopodobieństwie i przypadku losowym. A więc o nieistnieniu dwóch opwyższych. Jak ja na chłopski rozum postaram się wyjaśnić nieistnienie procentowej szansy wystąpienia zjawiska losowego. Relacja z nieistnienia tezy będzie krótka, ponieważ mam ograniczony zasób słów spowodowany wypiciem nalewki wiśniowej i grzańca. A więc: Jak każdy wie, dużo ludzi lubi podawać prawdopodobieństwo wykonania pewnych spraw w procentach, rozmiar to których ma przedstawiać czy dana rzecz będzie miała miejsce, bądź też wręcz przeciwnie. Przykładowo: 10% szans przeżycia, 50% szans na to, że z rana złapie nas chroniczna sraczka, 75% szans, że złamię noworoczne postanowienie o masturbacji. Przyjęte jest takie kryterium, iż poniżej 50% prawdopodobieństwa są małe szanse na wystąpienie zjawiska, a powyżej 50 procent raczej powinno się wydarzyć... No właśnie "raczej". Dla mnie jedyne co jest pewne to, to że coś na 100% wystąpi. No bo dlaczego były 90% szans na nawrót nowotworu znajomej (który nawrócił), 10% szans że ojciec koleżanki przeżyje po wypadku i przeżył, 99% szanse na wyjad i nie wyjechałem. Jest jakiś procent niewystąpienia zjawiska który zazwyczaj występuje. Klasyczny wyjątek potwierdzający regułę. Na zakończenie krótkiego wywodu jedyny procent w który wierzę, to 40%. 40% zawartości alkoholu w wódce. AMEN!!
W TV Cyganki Eduszy klasyczny teledysk zespołu Acca Dacca: Nerwowe Załamanie. Zapraszam.
W następnym wpisie postaram się udowodnić, że jezioro przy którym mieszkam nachylone jest do powierzchni ziemi pod kątem 15 stopni.
A więc w tytule, stopniowanie obojętnej ignorancji na przeróżne tematy. Ciekawe stopniowanie rzeczownika (po raz pierwszy w czasoprzestrzeni) było wynikiem mojej ignorancji na pewien temat, więc sobie przystopniowałem słowo Whatever. Początkowo brzmiało to Whatever, more Whatever i The most Whatever. Następnie pewna osoba udoskonaliła to stopniowanie i pozostało tak już do dnia dzisiejszego. A więc podział na ignorancję obojętną i ignorancję złą (w złym tego słowa znaczeniu). Czym dla mnie jest ignorancja? Ogólnie mówiąc jest to kładzenie laski na przeróżne sprawy: od jakichś błahostek po zupełnie inne rzeczy, przez niektórych uważane za poważne. No ale polećmy z klasyfikacją, zacznijmy od tej ignorancji neutralnej, nie godzącej (chyba) w innych,a zakończymy na tej złej ignorancji takiej która drażni, która godzi, która niczym zły dotyk, boli całe życie. Ignorancja neutralna (zwana zlewem) - a więc na jakie tematy kładziemy laskę, gdyż są one nie po drodze w naszym rozumowaniu i toku myślowym, po prostu nie chcemy sobie zaprzątać pewnymi tematami głowy. A więc: chłopcy zapamiętują tabele ligowe w piłkę nożną do 15 lat wstecz, umieją rozpoznać model samochodu wyłącznie po tym jak zatrzaskuje się drzwi (lub w jaki sposób wyskakuje zapalniczka do fajek), damy rozróżniają kwiaty po korzeniach, panowie rozróżniają iglaki i drzewa, ogrodnicy umieją opowiedzieć o odmianie jabłek analizując liście ze złotej polskiej jesieni, i mógłbym wyliczać godzinami... Do rzeczy: są pewne tematy sprawy (związane z hobbystycznym podejściem), na które kładziemy zwyczajny zwis, przez co inne osoby potrafią się poddenerwować. No bo po co mi wiedzieć ile Polonez ma drzwi? Nie chcę się interesować jakie długie igły ma świerk a jakie sosna i nie interesuje mnie kąt skrętności ich szyszek. Kładę laskę który to prezydent, a który to jego brat bliźniak (bo mi wstyd za ich obydwu). Zapewne parę osób się obrazi (zrobi zwrot na pięcie) za to że nie rozróżniam telefonów, samochodów, nie potrafie rozróżnić Joli Rutowicz od Jacykowa... Interesuje się za to innymi sprawami, na które zapewne ktoś inny kładzie laskę. Jak by nie było równowaga w przyrodzie zostaje zachowana: ktoś interesuje się czymś, a zlewa coś zupełnie innego, którym ktoś zupełnie innym się podnieca.... (uff..) Ale Jing Jang jest...
Ignorancja zła - dla mnie jest bardzo...zła. Dotyczy wtopienia się nas w bliskie otoczenie, również dotyczy osób nam najbliższych. Czyli klasyczny przykład: synek chce grać na perkusji, synek chce uprawiać hybrydę dżudo i wspinaczki górskiej; oczywiście tatusiowi (mamusi) to wisi, nie interesuje ich co ich pociecha chce, interesuje ich tylko to co ich pociecha będzie robić jak się pociesze rozkaże. Za to należy się glan na twarz. Kolejny przykład ignorancji to gdy nasz misiaczek nie słodzi herbatki, a my sypiemy mu na siłę 2 łyżki 130% cukru. Albo że miś mówi, że chciałby do teatru a my odpowiadamy "teatr to pedały..." i się obrażamy. Również glanem po twarzy za to (oj oberwałbym pare razy glanem). To jest złe, to jest kaka.
A co mnie najbardziej irytuje> Ignorancja ludzi, którzy piją jednocześnie i Pepsi i Kochaj Kolę. To też jest zła ignorancja. Przecież trzeba mieć trochę jajek, żeby wybrać jeden smak, lubić go i pić tylko jego... Panooooowie, przecież tak nie można.
Teraz w TV Cyganki Eduszy pewien klip Godsmaka o kładzeniu przysłowiowej laski. Niestety sam link, bo Jutuba nie pozwala wstawić (głupia): http://pl.youtube.com/watch?v=HXFv6nhRvjU Jednak w prezencie teledysk Dżamarkłaja pod tytułem Space Cowboy. Zapraszam:
A w następnym wpisie przedstawię zdjęcia ucharakteryzowanego Pudziana do roli w nowym Terminatorze.